Zamroźcie ten bigos

Drugi dzień świąt jest po to żeby dojeść sałatkę warzywną i do reszty uświnić obrus. Spróbować sobie ciasta, które miało najmniejsze wzięcie w Wigilię, ale nie dlatego, że ma się na nie ochotę, tylko dlatego, że stoi na stole.

Tradycja mówi jasno, żeby połamać się opłatkiem i odpiąć guzik spodni. Od dziada pradziada wiadomo, że trzeba się przejeść, ale nie tak zwyczajnie, że ojeju mam już dosyć i nic więcej nie wcisnę, tylko tak, że mam już dosyć i nic więcej nie wcisnę, ale dopchnę się mandarynką, łyżką sałatki i cieniutko odkrojonym plasterkiem sernika. Trzeba jeść odważnie i bez skrupułów, tak żeby się zmęczyć i nie mieć siły myśleć, bo cała krew przeznaczona na myślenie odpłynie do żołądka. Jedzenie w święta to odruch bezwarunkowy. Jem, bo jest. Nie ma mowy o ochocie, smaku, a głód brzmi jak zuchwała perwersja. W pewnym momencie człowiek czuje się podle. Wie, że kolejne połykane kęsy nie mają się gdzie podziać i oczekują w przełyku na zielone światło z żołądka. Myśli sobie wtedy – teraz to definitywny koniec, ostatni gryz, Hubert Urbański świadkiem – i przez chwilę nawet w to wierzy, ale potem na stół wjeżdża bigos i przygoda zaczyna się na nowo.

Wczoraj o w pół do pierwszej w nocy przeszłam samą siebie. Można rzec zaliczyłam moralno-gastryczny upadek. Pomyślałam sobie – siedzę, nic nie jem, tak nie może być. I zjadłam śledzie. Ordynarnie prosto z miski. Niedawno pisałam, że świętami trzeba się nasycić, ale nie myślałam, że mi się nimi odbije. Że będę się musiała położyć i jedyne na co sobie pozwolę to podtrzymywanie funkcji życiowych.

Właściwie można by to wszystko podsumować, stanąć na wadze, zrobić bilans i przewrócić kartkę kalendarza. Ale nie mówię hop, bigos jeszcze w lodówce.