Wyprawka pierwszaka

W podstawówce mówili: „W gimnazjum to dopiero się zacznie”. W gimnazjum mówili: „Ty zobaczysz co to będzie w liceum”. W liceum mówili: „Matura? Na studiach matura będzie co semestr”. He he he. 

Na studiach zmienia się dużo, o ile nie wszystko. Nie ma już lekcji, są zajęcia. Nie ma półrocza, jest semestr. Nie ma pały, jest dwója. Nie ma obiadu, jest makaron z pomarańczową przyprawą. Człowiek nie nosi już piórnika, stara się mieć co najwyżej długopis, ale jeśli go nie ma to też nic wielkiego, ważne żeby jego nazwisko znalazło się na liście obecności. Sporo dorosłych lubi czasem postraszyć tych młodych, przerażonych pierwszoklasistów. Że te wakacje po maturze to ostatni moment na leżenie brzuchem do góry, że na studiach to będzie orka, nieprzespane noce, że oczka wreszcie się otworzą. Niektórzy mówią tak żeby zmarnować tlen, inni mają w głowie swoje studiowanie. Moja mama opowiadała mi na przykład, że regularnie chodziła do biblioteki. I w tym miejscu powinniśmy postawić kropkę, bo ta era studiowania dawno już za nami.

Na pierwszym roku w młodego studenta uderza splendor uczelni wyższej. Że to jest jednak wyższa szkoła jazdy, że jest rektor i dziekan i prodziekan, a co drugi to doktor albo profesor. I nie do końca wiadomo ile w takich profesorach zostało z człowieka, czy można do nich po ludzku, czy raczej trzeba ułożyć sobie regułkę w głowie zanim zapuka się do drzwi gabinetu. Nie ma już klasycznego rozpoczęcia roku, jest immatrykulacja. Trudne przemowy, gaudeamus z magnetofonu i uścisk dłoni osobistości w grubej świecącej szacie. Na początku można się poczuć nieswojo, człowiek odruchowo szuka trudnych słów w głowie, ale później robi się już przyjemniej. Wykładowcy opowiadają Ci o swoich wakacjach, pokazują zdjęcia wnucząt i zabierają na piwo. Naprawdę jest całkiem milusio.

Każdy pierwszak boi się sesji. Też się bałam, bo mówili, że to druga matura, a ja z maturą mam takie doświadczenie, że prawie zwymiotowałam na ustnym z polskiego. Ale studia to inna bajka, tu Kopciuszek pławi się w jacuzzi i robi manicure. Termin zerowy, pierwszy termin, drugi termin, a jak dobrze zagadać to można mieć termin do skutku. Sesja to czas szukania notatek, dzielenia się pytaniami i wzajemnej motywacji – nie martw się stary, nie jest dużo, zdążysz. Wszystko byłoby oczywiście dużo łatwiejsze gdyby nie seriale, facebook, messanger i inne ważne rzeczy, z którymi trzeba być na bieżąco. Ale tak po prawdzie to naprawdę dobrze mieć to wszystko na widoku, bo nigdy nie wiadomo kiedy ktoś uprzejmy wrzuci opracowania pytań na egzamin. Zwykle siedzi się po nocach, bo nie chciało się zajrzeć w notatki wcześniej. Pije kawę, je słodkie i marudzi. Czyta się kserówki, albo PDF-a, czasem rozumie mniej, czasem bardziej, a czasem jeździ wzrokiem po wyrazach w nadziei, że któreś z nich pojawi się na teście ABC. Trójkę ukulać raczej łatwo, no chyba, że trafi się na takiego profesora, który oblewa dla rozrywki. No ale to naprawdę rzadkość, generalnie jest bardzo miło, wszyscy się wspierają i klepią po pleckach.

Studia to dla większości wyprowadzka od rodziców. I z tym właśnie momentem na chwilę odbija człowiekowi palma. Cieszysz się jak dziecko, że idziesz sam na zakupy, że możesz kupić makaron i płatki i jogurt wiśniowy. Pchasz ten wózek i uśmiechasz się do brukselki, kalafiora i mrożonego szpinaku – o nie kochane, wasz czas minął, od dziś to ja decyduję co, ile i kiedy będę jadł. Po tygodniu pędzi się oczywiście po słoiki, bo albo szkoda kasy, albo pizza wychodzi już uszami. No ale tak czy siak ma się to poczucie decyzyjności i samodzielności. Rzecz jasna to wszystko się dopiero rozwija i kształtuje, każdy szanujący się pierwszak musi się przecież chociaż raz zgubić. Na uczelni, na mieście, w centrum handlowym. Musi pomylić salę, wykładowcę i godziny zajęć. Musi spróbować nowych rzeczy i odkryć nieznane lądy. Pierwsze przepychanie rur, pierwszy własny ‚Kret’, pierwsze ręczne pranie skarpet. Do tego obowiązki domowe i dzielenie się lodówką ze współlokatorami. Daję głowę, że będzie to naprawdę odkrywczy czas.

Koniec z usprawiedliwieniami od mamy, koniec z wywiadówkami, koniec z godziną, która trwa 45 minut. Nie jesteś już Kasia, jesteś pani, taki ekspresowy awans w trzy miesiące. Trudno się do tego przyzwyczaić, ale to chyba taki psychologiczny trik, bo skutecznie zniechęca do gadania na zajęciach. Rozpoczęcie studiów to dla niektórych dziwny moment, bo nagle z aspiracji do poprawiania czwórek na piątki rodzi się chęć zdobycia mocnej trójki. Jest zdane, lecimy dalej. Dobrze mieć odważnego w grupie, który na pierwszych zajęciach zada pytanie „Ile można mieć nieobecności bez konsekwencji?” i „Jakie konsekwencje niosą ze sobą dodatkowe nieobecności?”. Idzie zima, będzie ponuro, lepiej wiedzieć, kiedy można pozwolić sobie wyłączyć budzik i przewrócić się na drugi bok.

Klasyczny błąd pierwszaka to oczekiwanie od studiów kierunkowego wykształcenia. Jeśli ktoś lubił tylko matmę to teraz będzie żyć w raju, bo to definitywny koniec z historią, polskim i WOS-em. A no nie do końca, bo program czymś zapchać trzeba. Będzie dużo nieużytecznych rzeczy, o których będzie się myśleć w bardzo brzydki sposób. Oby tylko nie były na ósmą, albo osiemnastą. Ale wtedy można liczyć na to, że wyrozumiały pan prowadzący nie będzie wymagać obecności.

Po pół roku studiowania wielu, a może i większość stwierdzi, że ten jego kierunek to nie do końca to z czym chciałby się w życiu wiązać. To też całkiem normalne i nie należy się tym szczególnie martwić. Można zmienić studia, ale wtedy ktoś pewnie rzuci hasło klasyk „zmarnowałeś rok, nie szkoda Ci?”. Nie wiem czy to tak do końca zmarnowany rok, skoro dzięki niemu jest szansa na dokonanie dobrego wyboru. Ja osobiście polecam to piękne katharsis w okolicach magisterki, kiedy to dochodzi do człowieka, że studia nie są potrzebne do życiowej szczęśliwości. Ale najpierw trzeba przejść te sto egzystencjalnych kryzysów po drodze – nic nie rozumiem, jak ja odnajdę się w pracy, jestem głupia, nie nadaję się do tego i tak dalej, i tak dalej.

Ten wpis jest o studentach, którzy lajkują bekon szczęścia w nadziei, że pokonają sesję. Są wśród nas Ci, którzy nie wierzą w jego moc, gromadzą notatki od początku semestru i uczą się znacznie więcej niż sekwencji klucza odpowiedzi na kolokwium. I to im właśnie należą się podziękowania i aplauz. <3

…zapomniałabym. Zanim zacznie się rok akademicki trzeba koniecznie odświeżyć sobie Power Pointa, bo bez tego ani rusz. <3

  • Zaczynam właśnie ostatni rok, przedostatni semestr, i chciałam tylko powiedzieć, że oprócz dyplomu magistra oczekuję dyplomu wynikającego z wybitnej umiejętności obsługiwania Power Pointa, czymże by było moje studenckie życie, gdyby nie on </3

    • Dokładnie tak, suplement do dyplomu obowiązkowo. Nie po to tyle się kopiowało z internetu i dobierało super tło, żeby wyjść z pustą łapą. 😀

  • Mi się zawsze wydawało, że na studiach mogłam sobie pozwolić na więcej luzu, naciągania i odpuszczania, ale i tak byłam bardziej zmęczona, niż za szkolnych czasów. Ale może to starość? :v

    • Starość, starość. Nikt już się nie gania na przerwach, nikt nie przekrzykuje nauczyciela.. ja to nawet na imprezy nie chodzę, bo nie mam siły. 😀 <3