To chyba już

Ze wszystkich rodzajów kaca najgorszy jest ten poświąteczny. Bo na niego nie pomoże ani drzemka, ani woda z cytryną, ani nawet domowy rosołek.

Z wykładów z reguły wynoszę papierowy kubek po kawie, ale tego dnia mowa była o wypoczynku, więc mogłam się jakoś bardziej utożsamić i słuchałam uważniej. Pani prowadząca powiedziała fajną rzecz, że po pierwsze i oczywiste bez wakacji ani rusz, bo nos to nie wtyczka do prądu, ani wlew na paliwo i że prawidłowy wypoczynek kończy się wtedy, kiedy jesteśmy tym całym odpoczywaniem delikatnie zmęczeni. To ten moment, kiedy po raz kolejny je się gofra z malinami i rozwija koc na plaży, kiedy spaceruje się dziesiąty raz tą samą alejką albo przewraca ciało na mniej wyleżany bok. W głowie rozkwita dziwna myśl – ja to już chyba mam dosyć, ja to już chyba chcę do domu. No i ze świętami to wygląda bardzo podobnie. I wcale nie dlatego, że wcina się wtedy trzy razy tyle co zwykle. Świętami też trzeba się nasycić. Tak żeby nie mieć kaca po pasterce. Bo czym niby takiego świątecznego kaca leczyć. Resztkami barszczyku?

Do Wigilii został miesiąc. Dla jednych to stanowczo za wcześnie na świąteczne reklamy i  kawę z cynamonem, dla drugich to najlepszy moment na inaugurację czerwonego szału. A ja jako nieoficjalny ambasador skarpetek w renifery chciałabym stanąć w obronie wszystkich, którzy czują to świąteczne mrowienie i słuchają po kątach All I Want For Christmas. Za wcześnie to było w maju. He he he.

W Świętach najlepsze są trzy dni przed Wigilią. Wszystko powoli nabiera tempa, ktoś biegnie po paczkę suszonych śliwek, ktoś inny pakuje prezenty i robi totalny syf na świeżo umytej podłodze. Pierniki miękkie i gotowe na wyżeranie, choinka oceniona przez wszystkich członków rodziny pod kątem symetrii. Człowiek zamienia się w Marie Carey i i prawie wypluwa płuca na fragmencie „is youuuuu”, jedną ręką miksuje sernik, kręci tyłkiem i wymachuje łyżką do rytmu dzwoneczków. Czas mija, aż wreszcie siada się do wigilijnego stołu i wszystko eksploduje. Ktoś rzuci komentarz – ło jak to szybko minęło –  ktoś inny uleje się barszczem. Potem spogląda się na stertę poszarpanych, ozdobnych papierów, pusty talerz po pierogach i robi się jakoś smutno. Bo po Wigilii jest już właściwie po wszystkim. Ja wiem, że jest jeszcze Boże Narodzenie, druga pula jedzenia, leżakowanie i heheszki przy stole. Ale to już nie do końca to.

Trzy dni to za mało żeby przetrawić całe świąteczne menu i za mało żeby przeżyć wszystkie emocje, które serwują nam święta. Ale że człowiek jest przezorny i ma w tej kwestii doświadczenia, zaczyna cieszyć się nimi trochę wcześniej. Dawkuje sobie świąteczną atmosferę stopniowo i powoli się nią nasyca. Tak żeby w Wigilię nie wpaść w depresję, a na znak bólu dobrowolnie nie przyłożyć jęzora do zamarzniętej bramy.  Więc w trosce o swoją psychiczną kondycję zamawia się Latte piernikową już w listopadzie. Nieważne, że świeci słońce i trzeba rozpiąć kurtkę, nieważne, że nie bardzo lubi się mleko w kawie. Ogląda się w internecie prezenty i wkłada je do wirtualnego koszyka, a potem wyrzuca, żeby za dwa dni włożyć je tam jeszcze raz. Idzie się do galerii żeby powąchać zapach świąt rozpylany przy wejściu i kupić parę niefunkcjonalnych i niezbędnych świątecznych gadżetów. Słucha się też paplaniny opozycji, ale tak naprawdę ma się ją głęboko w nosie i kontynuuje swoją świąteczną krucjatę.

Właściwie to tak patrzę po mieszkaniu i chyba brakuje mi czegoś zielonego. 🙂

 

 

Zdjęcie: unsplash.com