Tabu się zmieniło

W czwartej klasie na przyrodzie był taki temat o różnicach pomiędzy chłopcami a dziewczynkami. Wszyscy wiedzieli o co chodzi z Bravo, ale i tak każdy już od września czekał na lekcję X, żeby usłyszeć „penis” i „podpaska” z ust nauczyciela. Klasa się chichrała, nauczyciel stał w szachu i odliczał do dzwonka.

Trochę się od tamtego czasu pozmieniało.

Dużo więcej rzeczy swobodnie przechodzi nam przez gardło, a przynajmniej te, które parę lat wstecz zbiorowo nazywaliśmy TO i TEN TEGES. W miejsce waginy i seksu wskoczył nowy zestaw słów tabu. Nie pracuję, nie mam doświadczenia, nigdy w życiu nie jadłem sushi. 

Pracowanie i zbieranie doświadczenia to na studiach w sumie norma. Niektórzy pracują bo muszą, inni pracują bo chcą. W sumie to aż wstyd nie pracować, bo nawet jeśli się w tym czasie nie leży plackiem to czuć jakby nie robiło się nic. Niby się uczysz, niby zbierasz obecności na ważny papierek, ale to wszystko bez poczucia posuwania się do przodu. Nie wiem jak wyglądało wchodzenie w dorosłe życie dwadzieścia lat temu, bo wtedy obchodziły mnie wyłącznie losy wioski Smefrów, ale wydaje mi się, że teraz wszystko dzieje się jakoś szybciej.

Studia to niby taki etap przejściowy, bezbolesny awans z wersji demo do rzeczywistego życia. Ale jakby nie patrzeć, trochę to założenie się pokićkało. Studiowanie nie wypruwa żył, ani nie daje pewności, że po odebraniu teczki z dyplomem, jak po cieplutkim masełku wjedziemy w kipiący wakatami rynek pracy. Nic dziwnego, że trzeba się orientować wcześniej. Ale co jeśli studiuje się już któryś rok, a głęboki ocean ofert pracy dla studentów to nadal wody dziewicze? No właśnie nie wiem. Czy to mieści się w normie, czy bliżej mi do córki marnotrawnej.

A sushi jadłam na studniówce i generalnie to wolę kotlety.

 

Zdjęcie: unsplash.com