Skromność nad skromnościami i wszystko skromność

– Masz nowe buty!
– Eee, stare.

Zwykle dzieje się tak. Człowiek wychodzi od fryzjera. Uchachany i rozpromieniony, bo odcięli mu dokładnie tyle końcówek ile pokazał. Pachnie jak fabryka drogiego mydła i wygląda perfekcyjnie jak beza z dziesięciu białek prosto od kury. Zamyka drzwi, miętosi swoje odżywione łuski włosów i czuje, że z taką głową to on teraz zdobędzie wszystko i wszędzie. Nagle na swojej drodze spotyka innego znajomego człowieka, który mówi:
– Super ci w tych włosach!
A ten mu na to:
– E tam, tylko trochę podciąłem.

Życie w społeczeństwie prędzej czy później wsadza nas w pewne schematy. Rosół w niedzielę, keczup w lodówce, śmietnik pod zlewem. Żyjemy sobie powoli i konsekwentnie według tego co dopuszcza norma. Według niewidzialnej listy, która najwięcej punktów przyznaje za mówienie dzień dobry, mycie zębów przed spaniem i bycie skromnym. Wszem i wobec. W obliczu sukcesów, równych końcówek i nowych butów na stopach.

CBOS podaje, że 75 procent kobiet nie jest do końca zadowolonych z tego jak wygląda. Wydaje mi się, że te badania są trochę do kitu, bo niby która kobieta powie wprost obcemu ankieterowi, nie daj Boże chłopu, że czuje się po prostu ładna. Społeczeństwo wymaga od nas nie tylko wstrzemięźliwości od jedzenia słodkiego przed obiadem, ale przede wszystkim pochwala umniejszanie samemu sobie. Brzmi trochę jak podręcznikowy paradoks. Pytanie tylko na czyje konto ta ujma wpływa. W przyrodzie podobno zawsze musi być constans.

Społecznie mamy trochę upośledzone poczucie własnej wartości. Mówi się, że cudze sukcesy bardziej przytłaczają niż dopingują. Ja byłabym za tym, że cudze sukcesy są znośne do momentu, kiedy ludzie, którzy je odnoszą zachowują się wobec nich lekceważąco. Eee tam, nic takiego, tak jakoś wyszło. Jeśli komuś wychodzi i nie robi z tego manify, okej. Dużo gorzej, jeśli komuś wychodzi i spija należną mu śmietankę. Tą skromnością to chyba dbamy o to, żeby ktoś nie dostał wylewu żółci do wątroby. Co za humanitaryzm pierwszego świata. Wzruszające.

Trzeba mieć jaja, żeby odpowiedzialność za sukces zrzucić na siebie. Nie na niebo, los i trąbę słonia. Opory przed autopochwałą są w nas zaszczepiona jak strach przed pietruszką w rosole. Kulturowo w końcu tego się wymaga. Bądź skromny, grzeczny i miły. Nie przechwalaj się i nie wydłubuj publicznie rodzynek z drożdżówki. Wychodzi na to, że najpoprawniejszą kontrą na komplement jest zawstydzony uśmieszek numer pięć i zmiana tematu.

Wstyd jest wtedy, kiedy przez przypadek schodzisz w piżamie do Żabki, kiedy zapraszasz kogoś na kawę i brakuje Ci pieniędzy na uregulowanie rachunku, kiedy musisz się przyznać, że słabo znasz angielski i kiedy zrobiłeś Cheat Day w pierwszy dzień diety. W jednym momencie całe ciało zmienia się w żarzący węgielek, żyłka na skroni zaczyna pulsować od stężenia zakłopotania, a czas jak na złość staje w miejscu, żeby dać szanse wszystkim dookoła zobaczenia coś Ty za jeden. Głupio tylko, że to samo uczucie wzbudzają pochwały i gratulacje. No ale nic. W świecie jest przecież dużo głupich rzeczy. Cola Zero na przykład.

 

Zdjęcie: unsplash.com

  • Fajnie piszesz! 🙂 Zaczęłam się zastanawiać, na ile inni ludzie oczekują że ktoś będzie skromny, grzeczny i miły. I co mają z życia ludzie, którzy właśnie w ten sposób się zachowują. To całe negowanie swoich osiągnięć i trudność w uznaniu, że jednak jest się ok, to w ogóle bardzo ciekawy temat.