Sesja. Jakoś to będzie

Sesja to czas kosmicznej aktywności na wszystkich polach niespokrewnionych z kierunkiem studiów. To czas przeglądania fejsa z wielkim bólem i wyrzutem sumienia. To ochota na pomalowanie ścian w pokoju, kupienie butów i zjedzenie czegoś dobrego. To chęć podbicia świata ograniczona powinnością siedzenia nad książkami. Sesja zawsze wypada w najgorszym z możliwych momentów. Nie wiem kto to oblicza, ale skubany zawsze trafia w punkt.

Sesja to bardzo dziwny czas, bo tak szczerze mówiąc to niewiele różni się intensywnością roboty od reszty dni w roku, a generuje tyle skrajnych emocji, że wymyślili nawet na nią lek o takiej samej nazwie. Wiadomo, z przyzwoitości trzeba zapoznać się z rozpiską egzaminów i z grubsza ogarnąć zgromadzone materiały, ale czy ktoś wypruwa sobie w tym czasie żyły i z zapałkami w oczach siedzi przy biurku do ostatniego zdania notatek? Że niby nie ma nawet chwili na odcineczek serialu, level gierki, albo beztroskie oglądanie wnętrza lodówki? Ta dziwna atmosfera ogólnego poddenerwowania każe mieć poczucie winy za wszystko co niezwiązane z nauką. Niby masz czas, ale go nie masz, bo musisz się przejmować i myśleć o tym wszystkim co zaraz nastąpi. Z momentem rozpoczęcia sesji wstępuje w człowieka wszechogarniająca niemoc. Nie mówię już nawet o braku ochoty na wertowanie podręcznika, bo w krytycznych momentach nie chce się nawet logować na grupowego maila, gdzie czekają gotowe opracowania. Znam też przypadki studentów, którzy nie spojrzeli na zdjęcia gotowych testów z innej grupy. Takie rzeczy dzieją się z człowiekiem.

Nauka do sesji podlega jakimś dziwnym prawom. Suniesz wzrokiem po tekście, a cała ta akademicka mądrość wydaje się taka logiczna i banalna, że nie warto nawet robić z niej ściąg. Po czym odkładasz notatki, próbujesz zaimprowizować odpowiedź, a w głowie zamiast mózgu tworzy się jakaś dziwna próżnia, która zasysa większość znanych wyrazów i pozostawia co najwyżej yyyy. Wtedy zazwyczaj po raz pierwszy pojawia się myśl o drugim terminie. Szczególnie jeśli naukę rozpoczęło się dzień wcześniej. W sensie dzień wcześniej po M jak miłość.
Inaczej sprawa się ma z przedmiotami, które nie dają ani złudzeń, ani nawet nadziei na szczęśliwe rozwiązanie. Na przykład ze względu na bariery komunikacyjne. Nie chodzi o żaden język obcy, bo to wszystko niby brzmi po polsku, ale jednocześnie zajeżdża takim dziwnym specjalistycznym orientem, że masz okazję poczuć się trochę jak na erasmusie. Ni to gwara, ni grypsera. Koniec końców nie warto nawet otwierać notatek, bo a nuż będzie ABC.

Podczas nauki ważna jest koncentracja. Ja na przykład jestem tak skoncentrowana, że nawet nie zauważam momentu, w którym przestaję czytać notatki i zaczynam oglądać strony ze skarpetkami w zwierzątka. Nie wiem kiedy to się dzieje, czy odrywam się w połowie zdania, czy może mój komputer po każdym akapicie sam automatycznie przekierowuje mnie tam w nagrodę. Każde ocknięcie jest równoznaczne z zawałem serca. Co ja robię, Jezus, nic nie umiem, nie zdam, o nie, nie nie. Ale zawsze udaje mi się jakoś uspokoić i wynegocjować ze sobą jeszcze parę minutek.

Podczas sesji człowiek jest jakiś taki bardziej wrażliwy. Na przykład ma bardzo wyczulone poczucie estetyki. Razi go kurz na półkach i przyschnięty do talerza widelec. Kiedy w zwykły dzień roboczy taki stan otoczenia można śmiało nazwać homeostazą, teraz wykracza poza wszelkie normy harmonii. Rozpoczęcie jakiegokolwiek działania jest niemożliwe dopóki aury nie oczyści cif, a w całym domu nie rozlegnie się sztuczny zapach lasu czy lawendy. I pomyśleć, że księżniczka na ziarnku grochu miała tak całe życie.
Aaa. Ma się też permanentną ochotę na coś do zjedzenia, ale w sumie nie wiadomo na co i czy to jednak nie chodzi bardziej o picie.

Cudownym zjawiskiem sesyjnym jest totalna demobilizacja do nauki, kiedy na horyzoncie pojawia się jakaś alternatywa. Możliwość przepisania oceny, plotki o trói za wpisanie imienia i nazwiska, klucz odpowiedzi z innej grupy. Wtedy cała energia z czekolady idzie na podtrzymywanie wiary, że wszystko uda się załatwić po linii najmniejszego oporu. Niby na kolanach leżą jakieś kartki, od czasu do czasu spojrzy się też na losowy slajd prezentacji, ale to wszystko na nic, bo ziarno nadziei zostało zasiane. To pewnie z oszczędności miejsca na twardym dysku, no bo z lenistwa chyba nie. Miałam tak przed egzaminem z marketingu. Zapomniałam o tym, że kiedyś zaliczyłam już podobnym przedmiot, więc napisałam uprzejmego maila, czy dałoby radę przepisać ocenę. Po kliknięciu wyślij byłam już w stanie tylko czekać na odpowiedź. Nie wchodziło mi nic, bo wszystkie radary były nastawione na brzdąknięcie maila. Wtedy też doszło do mnie jak niezłomna jest moja wiara. Można ją porównać do oglądania dziesiątej powtórki Titanica z myślą, że Jack’owi jednak wróci krążenie. Zawsze wierzę, że albo trafię w pytania, albo ustrzelę literkę, albo wydarzy się coś co mnie wybawi. Wypracowałam sobie chyba jakiś system autopodnoszenia na duchu.

W obliczu tego wszystkiego pojawia się pytanie, na które odpowiedzi nie znają ani magistrzy, ani sama KAYAH. Po co, po co, po co?
No ale luz, przecież jakoś to będzie. Jeszcze nigdy nie było, żeby jakoś nie było. Zawsze jakoś jest. <3

  • „Po linii najmniejszego oporu” 🙂 Przyjemny tekst, pozdrawiam 🙂