Przyjdzie rutyna i Cię zabierze

Dawno, dawno temu, kiedy nie baliśmy się dosłownie niczego – jedną ręką wpychaliśmy fasolę do nosa, a drugą łyżkę soli do buzi – jedynym co mroziło krew w naszych cieniutkich żyłkach był tekst „Przyjdzie pani i Cię zabierze”. Teraz nie boimy się obcych kobiet, no może oprócz tych, które odbierają telefony w pizzeriach, wiemy też że fasola włożona nosem nie ma szans wyjść uchem. Boimy się za to rutyny. Przyjdzie rutyna i Cię zabierze, zrobi z Ciebie maszynkę i wsadzi w cyklicznie powtarzający się schemat. O zgrozo. Spódnica mamy raczej tu nie pomoże.

Przyjdzie rutyna i cie zabierze

Rutynowo można jeść Rutinoscorbin, albo pić kawę na śniadanie. Nikt nie chce żeby jego życie wyglądało jak powtarzająca się sekwencja zdarzeń. Jednak przychodzi taki moment, kiedy dochodzi do Ciebie, że jesteś w stanie przewidzieć w najdrobniejszych szczegółach jak będzie wyglądać Twój tydzień. I że ten nadchodzący będzie łudząco podobny do tego, który właśnie się kończy. Rutyna kojarzy się okropnie. Ma mało wspólnego z życiem, a więcej z odbębnianiem. Czas leci, koło się toczy, a my jak te chomiki upychamy jedzenie w policzkach i jedziemy niby przed siebie, a jednak dookoła.

Rutyna to taka uboga krewna stabilizacji. Bo stabilizacja brzmi dostojnie, a rutyna trochę jak efekt uboczny. Stabilizacja to pyszne śniadanko codziennie rano i wygodna kanapa po przyjściu z fajnej pracy. Rutyna to nic innego niż zrobienie sobie z tego wszystkiego udręki. Jeeezus Mariaaa, trzeba iść po bułki, które trzeba przekroić na pół, posmarować serem i zjeść. Trzeba jechać do pracy, taki kawał, tą samą drogą, 32 i pół minuty. I pobiegać i obejrzeć coś w telewizji, w której to standardowo nie leci nic.

Czas sobie płynie aż przychodzi moment, kiedy coś pęka i zaczyna nas to wszystko denerwować. Że każdy dzień to takie trochę deja vu, a jedyne co się zmienia to kolor majtek. Bo chciałoby się inaczej, albo intensywniej. I wstaje się z wyra niby wyspanym, a jednak zmęczonym, bo oczekuje się od życia czegoś innego, ale tak w zasadzie nie wiadomo czego konkretnie. Są też tacy, którzy zazdrośnie patrzą na tych szczęśliwszych, na te ich bułki, ich prace i ich wygodne kanapy. Chociaż tak naprawdę zazdroszczą podejścia. Przecież każdy ma kółeczko, na którym się kręci.

Można wymagać od codzienności cudów wianków pod warunkiem, że ma się na tyle ostry wzrok żeby te wszystkie fajne rzeczy zauważyć. Rutyna to nie efekt dorosłości, obowiązków i nużącej pracy tylko wyborów i podejścia. (Boże, ale to zabrzmiało. Jak w jakimś vademecum.)  Także tego no, życzę wszystkim luzu i zadowolenia ze smarowania bułek, a tym niedowidzącym dużo brokułów, bo one podobno dobre na oczy. :*

 

Zdjęcie: unsplash.com

  • Olga G.

    Uciekam przed nią jak się da, bo widzę jak innych unieszczęśliwia. Ja bym dodała radę, żeby zawsze pamiętać o celach do których się dąży. Gorzej jak ktoś nie ma żadnych 😮