Przespałam swoje studia

Kawka, herbatka, laptop pod prąd, poduszka pod tyłek… No, teraz można już studiować.Na wstępie, pozdrowienia dla kierunków, gdzie regularnie odbywają się koła, egzaminy i gdzie nie wystarcza jeden długopis na całą grupę! <3

To jakiś dziwny paradoks, że im dłużej odpoczywasz tym bardziej jesteś zmęczony. Jakiś taki rozwleczony, rozkojarzony, bez ikry. Budzisz się o szóstej bez budzika i czujesz, że zaraz przeniesiesz jakąś wielką górę, ale zasypiasz, bo przecież po co wstawać o szóstej. Otwierasz oczy trzy godziny później i masz ochotę zwymiotować pierzem z poduszki i położyć się na kolejne i kolejne i kolejne trzy. Na studiach podobnie, im mniej zajęć, tym bardziej nie chce się na nie chodzić. Im mniej roboty, tym częściej każde wyjście na uczelnie uznaje się za życiowy sukces. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że winą za to dziwne lenistwo obarcza się niewymagających wykładowców i program nauczania. Hue, hue, hue. Naprawdę? Mamy dwadzieścia parę lat i nadal potrzebujemy, żeby ktoś od nas wymagał?

Większość z nas zakłada plan minimum, czyli chce po prostu zdać. Są jeszcze tacy, którzy dzielnie walczą o piątki z prezentacji zrobionych na czas, ale z wiadomych powodów wrzućmy ich do tego samego worka. Idziemy na studia, bo studia to kolejny etap życia, taki jak komunia, matura i pierwsze samodzielne wstawione pranie. Są też inni, ambitni studenci, którzy czerpią garściami z tego co oferuje im uczelnia. Powiem szczerze, że nawet nie wiem, co oferuje moja, a pewnie oferuje sporo. I nie chodzi o podanie na tacy niepowtarzalnej oferty stażu, o inspirujące zajęcia z kimś znanym, albo wypasione sale wykładowe z najwyższej jakości sprzętem. Dobrze wiemy, że wystarczy notować numery telefonów, które od czasu do czasu podają prowadzący i czytać plakaty na korytarzu. Tak, ten duży, poklejony i kolorowy fragment ściany przy wejściu.

5 lat to kawał życia. Jakiś czas temu w ciągu pięciu lat nauczyliśmy się chodzić, samodzielnie jeść, robić siku do celu i mówić zdaniami. Studia trwają tyle samo, a najczęściej wynosi się z nich tylko oprawioną pracę dyplomową. To czas, który niby mamy przeznaczyć na zdobywanie wiedzy i przygotowanie się do zawodu, a z różnych powodów na koniec tej całej przygody czujemy, że nie wiemy nic. Mało zajęć – jakby rektorzy dali nam otwarte przyzwolenie na balowanie do ostatnich nocnych autobusów. Niskie wymagania, jakby chcieli zastąpić babcię, która mówi – synuś, jeszcze się w życiu napracujesz. Mnóstwo wkurzających zajęć zapychaczy, których jedynym plusem jest to, że motywują do wyjścia z wyra przed dwunastą. I tak krok po kroku, rok po roku, człowiek staje się totalnie styrany nic nierobieniem. Humor siada, zaczyna się zasypianie na zajęcia o 11:00 i naciąganie limitów dozwolonych nieobecności.

Jesteśmy niezadowoleni. Brakiem kół, brakiem obowiązków, brakiem poczucia rozwoju. W dużym skrócie tym, że nie ma nad nami bata. A przecież niedawno szczyciliśmy się tym, że w końcu jesteśmy tacy wolni i niezależni. Nie ma się pretensji do siebie, bo jak tu mieć pretensje do siebie. No sory, pretensje z reguły ma się do reszty świata. Więc narzeka się na system. Na tego bezmózga, który wymyślił za mało zajęć w tygodniu, na tego wykładowcę, który nie wymaga nawet obecności i tak ogólnie i profilaktycznie na wszystko inne… że będziemy wykształceni, a i tak koniec końców wylądujemy na lodzie, bla bla bla. Studenci innych kierunków zapytają pewnie jak można się złościć na brak egzaminów i możliwość niechodzenia. Otóż drodzy koledzy, można.

Studia uczą wymagać od siebie. Nie da się tak zrobić, żeby prowadzący ciągnęli za rączkę wszystkich studentów i stopniowo wprowadzali ich w tajniki przyszłego zawodu. Po pierwsze – zwyczajnie brakłoby im wszystkim rączek. Po drugie – studia to nie przymus, ani kuźnia pracowników roku. Studia to taka szuflada z pierdołami, w której można znaleźć coś dla siebie. Nikt nie zarzuci nas obowiązkami i celami do zrealizowania, bo ten etap już dawno za nami. Teraz to my mamy wymagać od siebie i szukać.

Mówi się, że studia straciły na znaczeniu i że studiować może sobie teraz już każdy. Może i straciły, może i łatwo stać się studentem. Ale mimo wszystko wydaje mi się, że jest tego plus. Jaka jest matura każdy widzi. Cały ten cyrk z kluczem przekreślił już niejedne marzenia. A wiadomo, że wiedza z liceum niekoniecznie pokrywa się z tą na studiach. Przydało się komuś, że Łęcka była dziwką? No może do krzyżówki panoramicznej z ostatniej strony. Kiedyś na studia dostawali się ci, którzy mieli dobre oceny, dzisiaj mają szanse też zdolne lenie i ci, którzy w liceum nie zgłaszali się do wszystkich możliwych konkursów i nie podnosili rąk zbyt wysoko. Niektórym ochota na podbijanie świata i wiara w siebie przyszła z czasem. Wiadomo, motywacje maturzysty i dwudziestoparolatka są trochę inne. Wystarczy zagadać do starych znajomych.

Studia to dostęp do ludzi, dostęp do wiedzy i zniżki na bilety, jedzenie i piwo. Na dobrą sprawę najczęściej korzystamy z tego ostatniego. Chociaż status studenta i ludzie, wokół których mamy szansę się obracać mogą dać dużo więcej niż nam się wydaje.

Ktoś myśli, że zmarnował 3 lata? Że jakby mógł zacząć na nowo to zrobiłby to i to i siamto? No i ekstra. Nikt przecież nie powiedział, że studia trzeba skończyć w czerwcu mając 24 lata. Na dobrą sprawę w ogóle nie trzeba ich kończyć żeby znaleźć to czego się szuka.

P.s. Piona dla Was, którzy macie obowiązkowe wykłady, nosicie dwa długopisy i potraficie znaleźć czas na pasje. Jesteście super <3