Podejmowanie decyzji. Gdzie jest mama?

Podejmowanie decyzji brzmi dobrze pod warunkiem, że chodzi o dodatki do pizzy. Chociaż nie. Z tym też bywa niełatwo.

W dorosłości fajne jest to, że możesz nosić dwie różne skarpetki, a mama nie popuka się w czoło i nie skomentuje Twojego outfitu tekstem: „No jak Ty dziecko wyglądasz?!”. A nawet jeśli skomentuje to i tak nic z tego, bo to w końcu Twoja sprawa w co ubierasz swoje własne stopy. Decyzyjność potrafi czasem uderzyć człowiekowi do głowy, bo to taka słodka iluzja kontroli nad swoim życiem. Możesz postanowić, że zaczynasz jeść zdrowo, albo cisnąć brukselką o ziemię na znak końca zielonego terroru. Możesz wybrać rodzaj makaronu na obiad, książkę do poduszki, albo turkusowe buty na zimę. I to z początku jest naprawdę odjechane, szczególnie jeśli Twoja mama wyznawała zasadę obuwniczego uniwersalizmu. Czyli najlepiej czarne, w ostateczności beżowe.

Podejmowanie decyzji wydaje się fajne, bo kojarzy się z wyborem pomiędzy lodem Jaś a „Pałeczką” o smaku coli. Po szkole każdy wchodził do sklepu i czuł się panem swojego życia. W głowie kiełkowała odpowiedzialność, więc zanim zdecydowaliśmy się sypnąć na ladę złotówką, wietrzyliśmy przez pięć minut zamrażarkę. W Jasiu krucha czekolada mogła spaść na chodnik, a to potężna strata w skali start jakie może ponieść dziesięciolatek. Pałeczką można było polać bluzę albo zmrozić sobie mózg, jeśli odgryzło się za duży kawałek. I stało się tak nad otwartą zamrażarką, myślało i przeliczało drobniaki. Aż w końcu brało pałeczkę, bo była tańsza. Mózgu też nie było jakoś specjalnie żal.

Kiedyś było łatwiej, bo ciężar odpowiedzialności rozłożony był na pół. Ktoś sprawdzał czy bucik nie ciśnie, czy rybka nie ma ości, czy herbatka nie jest za gorąca żeby wziąć dużego łyka. Nasze decyzje były przyklepane przez kogoś z większym doświadczeniem, kogoś kto ma rentgen w oczach i domyśla się, że w niebieskich supermodnych trampkach na rzep lekko podkurczasz palce. Teraz nikt nie łapie Cię za czubek stopy i nie każe ruszać dużym paluchem, nikt nie mówi „uważaj na ości”, nikt nawet nie wzdrygnie, kiedy bierzesz do ust kubek z wrzącą jeszcze herbatą. Wskoczyliśmy na ten dziwny etap, kiedy wszyscy dookoła radzą i pouczają, a ostateczne decyzje i tak podejmujemy my. I to my jesteśmy odpowiedzialni za to jakie będą ich konsekwencje. Ni stąd ni zowąd trzeba brać na klatę więcej. Nie dziwne, że po pierwszych poważnych decyzjach człowiek ma zakwasy i chodzi jakiś taki przetrącony. Trenerzy personalni powinni to wziąć pod uwagę. Może to tylko kwestia robienia dodatkowych pompek?

Gdzie iść na studia, co robić po studiach, czy otworzyć własną firmę, wyjechać, a może lepiej wrócić? Brakuje kogoś, kto weźmie na siebie całą tą odpowiedzialność, przewidzi najlepszą wersję i zapewni, że wszystko się uda. Powie, że takie ryzyko to żadne ryzyko, a jakby co to się przecież podmucha i naklei plasterek w słoniki.

 

Zdjęcie: unsplash.com