O początkach

Można zacząć nową znajomość i drugie pięterko ptasiego mleczka. Można zacząć z wysokiego C, z grubej rury albo od poniedziałku. Można zacząć cieszyć się życiem, albo zacząć liczyć kalorie. Opcji jest mnóstwo, z tym, że dużo łatwiej jest zacząć od początku niż zacząć na nowo. Początek nie ma w sobie żadnej skazy i daje totalny luz wyobraźni.

Weźmy taką naukę niemieckiego. Męczy się z nim człowiek od pierwszej klasy podstawówki, niby kojarzy pojedyncze słowa ale nadal nie wie o co chodzi z partizip zwei. Czasem jednak wpada mu do głowy ten schorowany pomysł, żeby spróbować po raz kolejny. Jakieś podstawy przecież są, szkoda żeby ten wysiłek poprzednich lat zupełnie poszedł na marne. Ale kiedy tak sięgnie po stary podręcznik z liceum, omiecie go wzrokiem i wzruszy się na widok malowanych na marginesach penisów to dojdzie do wniosku, że pójście na marne to po prostu przeznaczenie niektórych rzeczy. Co innego taki hiszpański albo włoski. Gdyby tak go zacząć od cześć i dziękuję, od pachnącego nowością słowniczka z obrazkami. Od razu pojawia się jakaś kosmiczna energia, która każe nauczyć się jednego dnia dwóch działów słówek, która każe ściągać hiszpańskie filmy i kochać hiszpańskich aktorów. Wszystko jest takie nowe, takie niewiadome, tak pięknie brzmi i wchodzi w głowę jak tanie wino.

Albo taki biszkopt, któremu się nie wyrosło, a który miał być najbardziej puchatym biszkoptem osiedla. Jeśli by się tak mocno uprzeć to przecież można umyć mikser, wyjąć schowane przed chwilą składniki i zacząć zabawę na nowo. Ale wiadomo że takie re-pieczenie to sport tylko dla największych twardzieli. Dla tych, którzy wstają z łóżka w stanie zen, szukają kluczy w stanie zen i w stanie zen odbierają mandat za brak ważnego biletu. Co innego wziąć się na przykład za ciasto marchewkowe, albo wafle przekładane masłem orzechowym i dżemem z wiśni. Właściwie to można nawet wyskoczyć po sześć tofinków, byle nie myśleć o tym francowatym, klapniętym biszkopcie. No bo znowu bić te białka i znowu odmierzać cukru i znowu angażować serce i zaklinać piekarnik. Przy takim pieczeniu można się co najwyżej emocjonalnie wyjałowić, a gdzie tu myśleć o przyjemnej agonii z przesłodzenia.

Trudno otworzyć na nowo książkę, którą przeczytało się do połowy. Trudno narysować równo kreskę na przetartej do czerwoności powiece. Trudno zawrócić, kiedy jest się w połowie drogi, bo na przykład zapomniało się portfela, albo referatu, albo siebie. Znacznie łatwiej jest zacząć od rozdziału numer jeden, niż od strony sto trzydzieści trzy.

Łatwiej jest zacząć od zera, ale nie mówię, że nie da się zaczynać od nowa. Na potrzeby tego tekstu zaraz to sprawdzę. Rzetelne dziennikarstwo przede wszystkim. <3