Nowy rok, nowa ja

He he he he.

Co za dziwny dzień ten Nowy Rok. Wstaje się rano i jest trochę tak jakby nie było wczoraj, jakby było zero i wszystko zaczęło się od początku. Każdy się tak mocno stara, dba o tego pierwszego stycznia jak o szczeniaczka, który prawie co wczłapał do nowego domu. Nie można zawieść, bo jak teraz da się ciała, to rok się nie uda – wiadomo. Coś mi się wydaje, że to właśnie dzisiaj spada na człowieka dawka energii przewidziana na cały nadchodzący rok i on się tą energią po prostu zachłystuje. Chce robić przysiady, uczyć się francuskiego po włosku i te wszystkie różne rzeczy, które w grudniu wydają się kompletnie niewykonalne i bezsensu.

Nowy Rok to coś więcej od kolejnego poniedziałku i więcej od pierwszego dnia miesiąca. Teraz to już w ogóle jakaś kumulacja, bo nie dość, że Nowy Rok to jeszcze poniedziałek i jak tu przejść obok tego wszystkiego obojętnie. Chociaż w głębi duszy śmieszą mnie te szumne plany, te nowe kalendarze i zarzekanie się, że teraz to już ani jednego chipsa, to z drugiej strony dlaczego miałby to być powód do śmiechu, skoro w powietrzu czuć sumienność i zaangażowanie. I właściwie warto byłoby to chwilowe pobudzenie jakoś sensownie wykorzystać. Póki w radiu nie powiedzą, że statystycznie postanowienia noworoczne są ważne do 11 stycznia. Póki szczerze wierzy się w sukces.

Jestem statystycznym Polakiem i w Nowy Rok wyszłam pobiegać. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na to całe bieganie podwiozła mnie winda. O posiłku regeneracyjnym może lepiej nie wspomnę, bo wstyd. Tak czy inaczej, totalnie szczerze ściskam kciuki za wszystkich, dla których pierwszy stycznia jest pierwszym dniem czegoś ważnego. <3