Magisterka: Podejście I

Piszę ten tekst głównie dlatego, że muszę pisać magisterkę, a ciasto już upiekłam.

Każdy student ma inne granice przyzwoitości. Ile nadprogramowych nieobecności to już przegięcie, w którym rzędzie na wykładzie można spokojnie zjeść kanapkę, kiedy należy wysłać pierwszego maila do promotora. Ja mam te granice bardzo elastyczne toteż treścią magisterki jeszcze się nie martwię, ale żeby nie było maila wysłałam. Co by się dowiedzieć jak brzmiał w ogóle mój temat.

Wysłałam do mojej drogiej Pani promotor maila z informacją, że nie zrezygnowałam, że jestem i że zaczynam działać. Od jakiegoś czasu panowała między nami bardzo niezręczna cisza, jakbyśmy się pokłóciły o jakąś pierdołę i wstydziły do siebie zagadać. Oczywiście z tą gotowością do roboty to napisałam bardzo na wyrost, ale tak trzeba pisać wiadomości do promotorów. To taki umowny styl komunikowania, naprawdę konieczny do zachowania psychicznego zdrowia. Trzeba pisać tak, żeby dało się wyczuć, że nie leżysz i nie jęczysz tylko intensywnie myślisz. Że ta zwłoka to wynika albo z natłoku zajęć, albo ze zmęczenia, albo z czegokolwiek, co wywołuje współczucie. Jakby mnie ktoś nie znał i przeczytał tą misternie skleconą wiadomość to by pewnie pomyślał, że całe wakacje gromadziłam materiały i że ta magisterka to pewnie się rozciągnie na doktorat, a i habilitacji nie starczy żeby się naukowo wyżyć. Chociaż zdaje mi się, że moja Pani promotor już przeczuwa jak będzie wyglądać nasza współpraca, bo w odpowiedzi profilaktycznie, sama z siebie przypomniała jak brzmi temat mojej pracy.

Magister brzmi naprawdę dumnie jak na kogoś, kto streścił w jednym pliku kilka wydanych wcześniej książek. Może dlatego tak bardzo nie chce nam się tego tykać, bo zwyczajnie wstyd robić karierę na plecach profesorów, którzy bronili swoich tytułów w czasach bez internetu. Nie chce się, bo w dużej mierze to wszystko wydaje się bezsensu. Potwierdzanie czegoś co dawno udowodniono i wyciąganie wniosków, które są tak wyciągnięte jak dziadkowe kalesony. Nie mówię, że pisanie pracy dyplomowej nie może sprawiać przyjemności, ale w większości przypadków powoduje mdłości. W jednym okienku otwarty facebook, w drugim słownik synonimów. No i jazda, tak żeby zachować sens i oszukać antyplagiat. Ten cały proces przypomina umysłowe harakiri. Nie dość, że człowiekowi życie leci przed oczami, że boi się tej nicości, która nadejdzie po studiach to jeszcze musi się w tym cały roztargnieniu skupić tyle razy żeby starczyło na 40 stron tekstu. Nie licząc tych wszystkich prób skupienia, które kończą się patrzeniem w  ścianę, albo teleportacją w czeluście internetu.

Wypadałoby założyć konto w bibliotece, zacząć się jakoś wczuwać w tą rolę piszącego, ale nawet jak jest już naprawdę bardzo mocno po drodze to jakoś tak trudno wstąpić. No bo kurtkę trzeba zdjąć, legitymacji poszukać. Biorę nawet na to witaminę D, jem więcej marchwi, ale jakby się to wszystko uparło i pisać się nie chce. A może do obrony zostało po prostu za dużo czasu. Może zwyczajnie trzeba poczekać.

 

Zdjęcie:unsplash.com

  • Jak bardzo wiem, co piszesz! Dwa tygodnie zbierałam się, żeby iść odebrać zamówione książki (które musiałam parę razy zamawiać bo przecież wygasały XD), od kilku dni z kolei próbuję otworzyć plik z planem pracy by go poprawić i panu promotorowi wysłać. Nie wiem, gdzie ludzie znajdują motywację, ale ja się obawiam (powaznie), że znowu skończę tak jak z licencjatem – w marcu, z jednym rozdziałem, i z przerażeniem, czy zdążę go wysłać i napisać, by bronić się w lipcu. Chociaż w sumie do czerwca jeszcze dużo czasu.

    https://uploads.disquscdn.com/images/7883f2dc31914ce19ea2bb0f5c573fd2781427a81fb6153280f506009bff90e6.jpg

    • Witaj siostro! Mój licencjat wyglądał identycznie i jestem prawie pewna, że przeżyje deja vu 😀 Ale w takim układzie nie ma się co martwić, skoro dałyśmy rade wtedy, teraz też damy. Wyjścia nie widzę 😀

  • Żaneta Szewczyk

    Zazdroszczę, że masz chociaż temat! Bo ja na starcie jestem przegrana 😀 rzucę te studia za chwilę!

    • Jakim starcie, start to będzie w marcu 😀 Teraz zbieramy energię i cieszymy się nadchodzącymi świętami <3 :*

  • Agnieszka Wiercioch

    Gorzej jest wtedy, gdy do połowy lutego trzeba wysłać na zaliczenie chociaż 1 rozdział. To dopiero licencjat, a już czuję, że będę to pisać w styczniu. Dobra, w lutym. Ale na początku! 🙂