Którędy do szczęścia

Studia to tak naprawdę pięć lat poszukiwania sensu. Chodzi się w międzyczasie na jakieś ćwiczenia, wykłady, pisze się parę egzaminów. I właściwie to bardzo dobrze, że przynajmniej raz na semestr trzeba się zestresować i zaliczyć sesję. Że można się trochę odmóżdżyć i przestać myśleć jak żyć, żeby nie żyć na marne. 

Siedzimy na kocyku, wystawiamy buzie do słońca i myślimy co robić, żeby nasze życie było jednocześnie szczęśliwe, satysfakcjonujące i sensowne. Męczy nas wizja podejmowania decyzji, perspektywa zmian i wiszące w powietrzu konsekwencje. Idziemy do przodu trochę po omacku, ale mimo to czujemy w sobie odwagę i chęć na to wszystko czego możemy być autorami. Mrużymy oczy, patrzymy w chmury, chcemy być nie tylko częścią tego świata ale przede wszystkim chcemy mieć na niego wpływ.

Czasem wydaje mi się, że chęć życia PO COŚ to domena ludzi młodych. Że z wiekiem ten zapał po prostu mija i szuka się sensu i szczęścia dosyć sporadycznie. Nikt o tym głośno nie mówi, ale trochę się boimy, że za jakiś czas usiądziemy na tym samym kocyku, a myśli zabłądzą w inną stronę. Boimy się, że to właśnie nazywa się kolej rzeczy – najpierw chcesz zmieniać świat, a potem to on po cichu zmienia ciebie. Walka z założenia bardzo nierówna, chociażby ze względu na gabaryty. Co tam światu moje sześćdziesiąt kilo.

Życie jest pełne sprzeczności i pytań bez odpowiedzi. Każdy chowa w sercu plan A, według którego chce to życie spędzić. Jedni mają rozrysowany każdy szczegół, inni czują jedynie słowa klucze. Wiemy, że trzeba wierzyć, działać i nie odpuszczać, że w naszym zasięgu jest tak naprawdę wszystko. Z jednej strony na dźwięk zdania ŻYJE SIĘ RAZ przechodzą nas ciarki, ale z drugiej mamy świadomość, że wiara w ideały jest zgubna. Że życia nie da się wymyślić i zrealizować punkt po punkcie, bo to los ma swój, klepnięty przez realizację scenariusz. Trudno być jednocześnie dorosłym i sobą. Trudno wejść w dorosłe życie nie tracąc tego, co uważa się za najważniejsze.

I leży się na tym słońcu i myśli, czy to prawda, że z czegoś trzeba zrezygnować. Czy można być dla świata kimś ważnym, czy da się mieć wszystko o czym się marzy. A jeśli się nie da, to w którym momencie pójść na kompromis i co odpuścić, żeby zupełnie przypadkiem nie odpuścić szczęścia.

Photo by Kimson Doan on Unsplash

 

  • Ile podobnych przemyśleń biega ostatnio po mojej głowie… Koniec studiów za rok, pasowałoby się określić, znaleźć sens. Coś czego, można uczepić się jak rzep psiego ogona, ale żeby to coś, było COSIEM, przez duże C. Ważne. Sensowne. Dające szczęście.