Jesteś młody, nie musisz być szalony

Wyjechaliśmy z domu i już brakuje nam zasad. To co? To weźmy narzućmy je sobie sami. Zasada pierwsza, bądźmy młodzi i korzystajmy z młodości. Zasada druga, nie wracajmy do domu przed północą. Zasada trzecia (…)

Jesteśmy młodzi, pijemy piwo, leżymy na balkonie i gdybamy co się stanie, kiedy skończymy studia. Śmiejemy się, że nikt nas nie zatrudni, bo nie mamy doświadczenia, a chwilę potem wymyślamy pomysł na biznes życia. Po którejś godzinie na słońcu dochodzi do nas, że się starzejemy. Wolno, bo wolno, ale wiemy, że nigdy nie będziemy już tak młodzi jak dzisiaj.

Kiedy miałam dziesięć lat buzia otwierała mi się na widok dwudziestolatków. Nie wiedziałam, czy mówić im ‘dzień dobry’, czy ‘cześć’, więc najczęściej nie mówiłam nic. Wlepiałam w nich oczy jak idą grupką chodnikiem i jak dłubią słonecznik na ławce. Kiedyś pojechaliśmy wycieczką do Krakowa, gdzie akurat były juwenalia i wtedy już wiedziałam na pewno, że w życiu to najbardziej chciałabym mieć dwadzieścia lat. Trzydziestka to był już jakiś schyłek życia, ostatnie momenty, kiedy wypada iść na boisko z piłką do kosza pod pachą, a nie z dzieckiem pod rękę. Czterdziestkami i pięćdziesiątkami być nie chciałam, bo oni kojarzyli mi się z obieraniem ziemniaków, jeżdżeniem do pracy i spaniem w niedzielę.

I siedzimy tacy załamani na tym balkonie tym, że życie to jest tylko pstryczek, a w nas nie ma ani odrobiny szaleństwa, o którym marzą dzieciaki z podstawówki. Tacy starzy, a tacy głupi. Siedzimy w słońcu i nie potrafimy odżałować tych dziesiątek poranków bez kaca, kilku par niezgubionych butów i dwóch bluz nieprzypalonych papierosem. Bo jesteśmy święcie przekonani, że szaleństwo na studiach oparte jest głównie na meldowaniu się co czwartek na środku innego parkietu. A my co? Nieszaleńczo leżymy sobie na balkonie. A jedynce co może nam podnieść ciśnienie to dźwięk syreny strażackiej, kiedy właśnie dopiekają się nam kiełbaski na jednorazowym grillu.

Piekielnie boimy się obierać ziemniaki, jeździć do pracy i spać w niedzielę. Chociaż czasem, w głębi duszy mamy ochotę na małą drzemkę. Boimy się, że się zdziadziejemy, że młodość w nas zamarznie i że pewnego dnia to my będziemy dzwonić po straż i mówić, że z dołu śmierdzi nam przypaloną karkówką. Gdzieś w głowie sztorcujemy się za to, czego nie robimy, za to, że raz w tygodniu nie wsiadamy w pierwszy napotkany pociąg, albo że przeważnie wracamy do domu o 17tej po południu, a nie 5-tej nad ranem. Narzucamy sobie zasady młodości, chociaż dobrze wiemy, że młodość przecież zasad nie ma.

Jesteśmy młodzi i wydaje nam się, że trzeba to jakoś dopełnić. Więc popełniamy największy grzech młodości i narzucamy sobie młodzieńcze reguły. Wszystko to chyba ze strachu przed siwymi włosami i tym, że to one zmienią nas od wewnątrz. A przecież bycie dziadem (tym starym zrzędą z koszmarów dwudziestolatków) jest wtedy, kiedy zaczyna nas interesować ile sąsiad z ławki rzucił na tacę w kościele. Kiedy zaczyna nas denerwować to, gdy ktoś uśmiecha się w poniedziałek rano. Kiedy problemem dnia, tygodnia i życia staję się to, co zrobić na obiad. Nie trzeba do tego siwych odrostów ani zmarszczek.

Pojechałam kiedyś na dworzec PKP i poprosiłam o bilet nad morze. Wsiadłam w pociąg, pojechałam. Czy czułam się bardziej szalona? Nie, bo wcale nie chciałam czuć, że robię coś szalonego. Chciałam po prostu jechać nad morze.