Po co jeść skoro można czytać

Jestem Kasia i kupuję książki. Dużo książek. Nie żebym od razu je wszystkie czytała. Lubię je po prostu mieć. Niektóre leżakują na półkach i czekają na swoje pięć minut. Podejrzewam, że niektóre z tych niektórych straciły już nadzieję. Rzadko wchodzę do księgarni, bo rzadko też wychodzę z pustą łapą. A coś przecież jeść trzeba. Chociaż z drugiej strony. Jedzenie jest przecież dla słabych.

Ludzie to trochę takie duże, łyse chomiki. Może nie jeżdżą po nocach na kółku i nie upychają niczego w policzkach, ale lubią mieć fajne rzeczy i to najlepiej w zapasie. Każdy ma jakąś dziwną słabość, na którą wydaje pieniądze bez szczególnych wyrzutów sumienia. Jedni na świeczki o zapachu sztucznego jabłuszka, inni na kolejną koszulę w kratę, jeszcze inni wszystko co mają są w stanie przehulać na książki. Takie nowe, takie pachnące, takie prosto z księgarni.

Nie wiem co jest takiego fajnego w nowych książkach, że gdy tylko przekroczy się próg księgarni, a do nozdrzy doleci zapach papieru, w człowieku budzi się dzika ochota żeby kupić co najmniej trzy. Taki odurzony człowiek chce je wszystkie dotknąć, kopać w nich, kartkować i oglądać okładki. A nawet jeśli zupełnie niechcący pod wpływem impulsu albo tytułu kupi jakąś przypadkową i przeczyta tylko trzy strony to wcale się nie zniechęca tylko zwyczajnie odkłada ją na półkę i kopie i szuka i kupuje dalej. Co za wytrwałość i konsekwencja. Gdyby tak było z regularnym piciem wody, ćwiczeniami na brzuch i podlewaniem kwiatków.

Z większością książek jest tak, że dostarczają bardzo intensywnej ale i krótkiej przyjemności. Trochę tak jak pizza. Jesz bez opamiętania, wsysasz ciągnący się serek, ni stąd ni zowąd zostaje ostatni kawałek, a chwilę później leży przed Tobą jedynie kartonowe pudełko. Smaczek co prawda pozostaje, sentyment do pizzy numer dziewięć też, ale żeby znów dostąpić tej przyjemności i utopić się w rozkoszy przypieczonej cebulki trzeba sięgnąć po kolejną. I kolejną. I kolejną. Z książkami podobnie, kupujesz, czytasz, wkurzasz się, że strony uciekają za szybko, po czym z sentymentem odkładasz swoje trofeum na półkę. I idziesz polować na następne.

W obliczu tej całej książkowej chuci ktoś kiedyś wymyślił i wdrożył biblioteki. Całkiem fajnie, bo można sobie do woli używać zachowując przy tym kasę w portfelu. Wchodzisz do takiej biblioteki, przed Tobą armia książek, które gdyby tylko miały konto na Endomondo to z pewnością zawstydziłyby niejednego maratończyka. Buszujesz między półkami, wybierasz kilka i zabierasz ze sobą do domu. No i niby wszystko super, czytasz, cieszysz się, znajdujesz im miejsce we własnym łóżku, ale z każdym kolejnym dniem coraz bliżej Wam do dramatycznego rozstania. No i jest smutno. No bo jak to tak oddać to co się przeczytało.

Ale żeby nie robić sobie takich niepotrzebnych smutków chodzi się do księgarni. Tu promocja, tam światowy bestseller, ooo jaka ładna okładka! Krąży się między regałami i niucha. Z reguły wystarczy kilka półek, żeby poczuć zew, który wzywa do kupienia czegokolwiek. Wiesz, że jeśli wyjdziesz bez niczego będziesz snuć się po domu szorując nosem po ziemi. Może nawet pobierzesz jakiś PDF, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że to przecież nie to samo co pachnący papier. Kupić czy nie kupić, kupić czy nie kupić. No kupić no. Nie ma nic gorszego niż niekupiona książka. Nawet niekupiony Tofinek, z którym nawiązało się silną więź w długiej kolejce do kasy.

 

Super obrazek: niestatystyczny.pl

Zdjęcie: unsplash.com