Granica wstydu leży przy kasie w Lidlu

Wstyd jest wtedy, kiedy zaprosiło się dziewczynę na lody i nie wzięło ze sobą portfela. Wtedy, gdy przychodzi ksiądz na kolędę i dowiaduje się, że mieszkasz pod jednym dachem z chłopakiem. Kiedy opowiadasz na głos o beznadziejnym wykładowcy, a ten stoi metr za Tobą i kiedy wracając od dentysty zauważasz pietruszkę zaklinowaną między górnymi jedynkami.
Optymistycznie byłoby myśleć, że ta pietruszka to szczyt wstydu i zażenowania. Ale nie, wyżej w hierarchii stoją Poniedziałkowe Powstania Pod Lidlem.

Lidl to całkiem fajne miejsce na zakupy. Nie jest drogo, wybór odpowiednio duży, świeże warzywa i fistaszki na wagę. Sklep jest na maksa prokliencki, wie to każdy student, który chce się najeść i nie odchudzić znacząco portfela. Żyć nie umierać. Ale oprócz popularnego dyskontu Lidl to idealne miejsce do obserwacji socjologicznych. Szczególnie w poniedziałki, kiedy w koszach ląduje nowy towar z gazetki. Można wtedy zobaczyć jak w wyścigu po spodnie z przeceny ludzie gubią godność już w alejce z pieczywem. 

Filmów z poniedziałkowych łowów krążą w internecie dziesiątki. Scenariusz zwykle jest podobny. 8:00, rozsunięcie drzwi i start wyścigu o markowe torebki, buty, kurtki. W całym zamieszaniu zwykle ktoś gubi dziecko, a inny ktoś dostaje ciśnienia, wszystko to w akompaniamencie głośnego „gdzie się pchasz”, „no szybciej, szybciej, bo nie zdążę”. Ostatecznie jeśli nie upoluje się wystarczającej ilości sztuk, można je wyrwać z rąk sąsiada. Bo przecież w Lidlu jak na wojnie, wszystkie chwyty dozwolone.

Dana z bloga Kobiece Finanse opisała sytuację, która spotkała ją parę dni temu w jednym z marketów. Dziewczyna robi zakupy i zmierza do kasy, przy której stoi już jeden klient. Pan ostrzega, że będzie długo, bo ma reklamacje. Po chwili okazuje się, że to cztery torby pustych opakowań po ciasteczkach, jogurtach, serkach, środkach czystości, wędlinach i mięsie. Mija dwadzieścia minut i zawartość jednej rozpatrzonej torby, Dana przechodzi do kolejki obok. Tutaj nie lepiej. Stoi kobieta, wózek pełen zwrotów i obsługa, która ładuje towar do kolejnego. Wszystko za sprawą akcji „Sprytnie i tanio kupować marki Lidla! Absolutna satysfakcja lub zwrot pieniędzy!”.

Założenie akcji jest proste. Jeśli kupi się produkt i nie zazna wspomnianej absolutnej satysfakcji, można przyjść do sklepu i zgłosić reklamację. Pani przy kasie przyjmuje opakowanie i zwraca pieniądze. Nie ma systemu, który weryfikuje jego jakość. Nikt nie rozstrzyga czy serek był faktycznie za mało serkowy i czy kostka do WC pachniała – jak na obrazku – lasem jodłowym czy może jednak zalatywała brzozą. Reklamacje przyjmuje się jak leci. Zamysł fajny chociaż wydaje mi się, że marketingowcy zrobili niedokładny research rynku. A może to rynek ma zadziwiająco szybki refleks.

Trzeba mieć niezły deficyt przyzwoitości, żeby zwrócić kosz pudełek, których zawartością opchało się parę dni wcześniej i skwitować to zdaniem, że po ich zjedzeniu nie zaznało się absolutu. W większości przypadków, ludzie robią to z premedytacją. Nikt się przecież nie przyzna, że po zjedzeniu szyneczki z indyka oblizał wszystkie palce, a w brzuszku zrobiło mu się ciepło.

Eksperyment Lidla dałby piękny rezultat, gdyby nie konieczna uczciwość klientów. Bo znając życie, ci lojalni w akcję zaangażowali się w mniejszości. Niektórzy z lenistwa, niektórzy z poczucia innego rodzaju wstydu. Bo po ludzku głupio żebrać o zwrot trzech złotych za niesmaczną kanapkę. Szczególnie, jeśli kanapkę zjadło się w całości. Przyniesienie nadgryzionej miałoby może jeszcze jakiś sens. Regulamin zwrotów przewiduje możliwość oddania 10 sztuk produktu (lub opakowań po produkcie) tego samego rodzaju. Można zatem zjeść dziewięć paczek ciastek i ‚dostrzec’ ich defekt dopiero przy dziesiątej. To samo z kurczakiem, z chlebem, ze wszystkim. Efektem całej akcji nie jest rozpoznanie potrzeb klienta, ale pełne zamrażarki epizodycznych biznesmenów. 

Korzystanie z okazji to normalna sprawa. Czeka się na wiosenne przeceny, na weekendowe zniżki, na wyprzedaże. Wymiana rozklejonych butów, 20 procent więcej keczupu w butelce, dwa soki w cenie jednego, darmowy parking za okazaniem paragonów. Czasem cena nie odpowiada wartości, więc zrozumiałe, że szuka się optymalnego dla portfela rozwiązania. Jednak niektórym OKAZJA robi z mózgu wióry. A może to ten poniedziałek… nikt przecież nie lubi poniedziałków.

Przyzwoitość to cenna cecha. Swoją drogą szkoda, że nie pakują jej w pudełka i nie robią Wielkich Promo.

#świętaza49dni

  • Olga G.

    Ale jakby nie patrzeć jesteśmy zwierzętami. I instynkty może budzą się w takich sytuacjach?
    Do filmiku gdzie się przepychają zamiast przekleństw wstawiłabym ugabuga tzn. odgłosy pradawnych człowiekowatych i tylko oprawa się zmienia, my z zachowania nic… od przeszło miliona lat 😮
    ma sa kra.

    • Dosłownie.. dzisiaj byłam w Lidlu po orzeszki, dwie kasy czynne dla tych co reklamują, jedna dla kupujących :O Niby cywilizacja, niby internet, ale hasło: jedzenie za darmo i tak robi swoje…