Czekam aż zaschnie mi patelnia

Ludzie to chyba nie lubią czekać. Chociaż są w tym bardzo niekonsekwentni i czasem czekają. Na przykład na to aż zaschną im talerze po obiedzie. Żeby móc je potem skrobać i szorować i topić w płynie do naczyń.

Wszyscy twardo się upieramy, że czekanie to strata czasu. Że jak tramwaj będzie za dziesięć minut, a my już stoimy na przystanku to jest tragedia i smutek, no bo dziesięć minut to przecież kawał życia, które zaraz bezsensownie przepadnie. Albo jak kolejka w markecie jest na więcej niż trzy osoby. I te osoby zaczynają wykładać tą hałdę, którą wcześniej nawrzucały. I jeden proszek do pieczenia i drugi serek na kanapkę. Rośnie nam ciśnienie, że to wszystko trwa za długo, że taśma jedzie za wolno, że na co ludziom tyle jedzenia i czemu akurat teraz ktoś zamarzył o karcie stałego klienta. W zwykłym osiedlowym sklepiku wygląda to tak, że kładziesz na ladę mrożone warzywa, dajesz dychę, pani wydaje resztę, nie zdążysz schować jej do portfela, a zza Twoich pleców ktoś podaje dwa banany i serek wiejski. W sensie, że tempo.

Monitorujemy kurierów i popędzamy ich w myślach. Dzwonimy na infolinię, kiedy pizza spóźnia się dziesięć minut. Depczemy w miejscu, bo ktoś źle ustawił światła i jak na złość non stop mruga czerwone. I właściwie to jest chyba trochę hipokryzja. Bo z jednej strony szorujemy do przodu jak te rottweilery i cenimy czas wyżej od złota. A z drugiej czekamy na jakąś spektakularną zmianę, na spotkanie z kimś bliskim, na szlagierowy odpowiedni moment, na to aż zaschną talerze z niedojedzonym obiadem. I wtedy upływający czas wcale nie przeszkadza, nikt nawet nie myśli, że to coś straconego, nikt się nad tym szczególnie nie rozckliwia. A przynajmniej nie tak jak wtedy na przystanku. Aż się prosi stanąć przed lustrem i zrobić sobie ciuś ciuś ciuś.

U mnie mówiło się fitu fitu. Więc fitu fitu, bo wkurzyłam się na sznurek ludzi w sklepie, a patelnia schnie od popołudnia.