Chcemy być kimś

– Jak go wpisać do indeksu?
– On chyba nie jest mgr.
– No to kim jest?
– Chyba nikim.

chcemy byc kims

Najtrudniejszy etap w życiu zaczyna się wtedy, kiedy dzieciaki nie wiedzą, czy powiedzieć Ci cześć, czy dzień dobry. Wtedy już wiesz, że nie jesteś ani wystarczająco młody, żeby kupić HappyMeala w maku, ani wystarczająco dorosły, żeby stać się szefem własnej firmy. Tak w sumie to nie wiadomo kim jesteś, więc zyskujesz status młodego człowieka albo studenta.

Fajnie jest myśleć o przyszłości. Wchodzić na strony developerów, pobierać plany mieszkań i wyobrażać sobie, w którym miejscu leżałyby nasze brudne skarpety. Zamawiać kawę w kawiarni i myśleć, że kiedyś też będzie się miało własną knajpę z poduszkami na parapetach. Oglądać modne kolorowe bikini – te takie niby potargane ale jednak nieużywane – i wyobrażać sobie Lato 2017, kiedy razem z krępującymi wspomnieniami spłonie na stosie czarny kostium jednoczęściowy. Przyzwyczajamy się do swoich marzeń i na dobrą sprawę jesteśmy przekonani, że kiedyś w przyszłości się zrealizują. Że kiedyś to wszystko się stanie i będzie można tego dotknąć, zobaczyć i pokazać innym. Ta super praca, te kubki od kompletu, to mega ciało na plażę i angielski na tip top. Problem w tym, że nasze marzenia nie mają ani terminu ważności ani daty realizacji. No i w tym, że jedyne co robi się samo to syf w lodówce i koty pod kanapą.

Jesteśmy nauczeni do tego, żeby dzielić życie na etapy. Po maturze, po studiach, po ślubie, po 30-tce. Każdy etap daje niepisane przyzwolenie na robienie pewnych rzeczy. Wydaje nam się, że niektóre rzeczy wypada przed 30tką, inne po 50-tce, a jeszcze inne można tylko do dwudziestu sześciu. I wcale nie chodzi o jeżdżenie tramwajem 50 procent taniej. Wszyscy robimy wielkie oczy na babcię, która kończy maraton i dziadka, który w wieku 70 lat rekrutuje się na studia. Bo przecież w normalnym świecie boimy się rozpocząć nowy fakultet mając 23 lata i stanąć na starcie biegu w wieku 50-ciu. W końcu to już nie ten wiek, nie ten czas, nie ten etap i takie tam.

W takim razie kiedy stajemy się zupełnie samodzielni? Na tyle, żeby zacząć decydować bez pomocy osób trzecich, piątych i dziesiątych. Kiedy zaczyna się wierzyć w siebie, przyznawać do swoich umiejętności i oceniać je na odpowiednim poziomie? 23 lata wystarczy żeby móc wziąć życie w swoje ręce? Ktoś to już wyliczył? Ludzie z Polibudy, bardzo proszę rozwiązać tego iksa.

Na pewno nie teraz. Bo za rok będziemy umieć więcej, może zrobimy jakiś kurs, może wygramy w lotto, a może po prostu rozstąpi się niebo i spadnie nam na mały paluszek stopy 100 metrów kwadratowych urządzonej kawiarni, albo pudełko z mięśniami do picia, albo medal olimpijski. Nie teraz, bo czujemy się za mało poważni i za mało kompetentni. Czekamy na jakiś cudowny dzień w przyszłości, chociaż dobrze wiemy, że doświadczenia nie da się wyryć z podręcznika.

23 lata to może za dużo na bajkoland i za mało na psikanie się perfumom o zapachu różańca ale wystarczająco, żeby zacząć próbować własnych sił. Talonów na marzenia nie rozdają w Kinder Niespodziankach. Przeglądanie OLXa w nadziei, że pracodawca namierzy nas przez jakieś super łącze też raczej nic nie da. Nawet jeśli ma się LTE. Znaczy tak mi się tylko wydaje, nie żeby coś.

Ps. Z tym bajkolandem to taki żart. Trzeba się tylko trochę skulić żeby głowa nie wystawała powyżej żyrafomiary. <3