Chce mi się, ale mi się nie chce

Od trzech lat uczę się hiszpańskiego. A wygląda to tak, że średnio trzy razy w roku mam dwudniowy zryw i chcę się wtedy nauczyć wszystkiego. Nie pamiętam słówek z pierwszego działu, a już zabieram się za piąty. Mylą mi się dni tygodnia, a już czytam jak zamówić frytki. Za każdym razem ten sam scenariusz. Przez pierwsze dwa dni bardzo mi się chce. Na trzeci też mi się chce, ale w sumie już mi się nie chce.

cute-sleeping-cat-6898945-cats

Drugi dzień to w ogóle jest jakiś krytyczny moment. Kiedyś uwidziało mi się, że będę szyć misie. Tak, to jest to, będę dziewczyną od misiów, biegnę do sklepu po materiały. Kupiłam najbardziej misiowate i przytulaśne kawałki jakie znalazłam, potem biegiem do pasmanterii po nitki i igły. Serio biegiem, bo już zamykali, a chyba by mnie coś od środka rozsadziło, gdybym nie zaczęła szyć właśnie tego dnia. Uszyłam jednego misia. Był biały, miękki i uroczy. Nie miał tylko oczu, bo w sklepie były tylko takie beznadziejne z latającymi źrenicami, w sensie za mało urocze, żeby pasowały do mojego pierworodnego misia. Na drugi dzień próbowałam uszyć kolejnego, ale coś mi się krzywo zszyło i stwierdziłam, że wrócę do tego jutro. No i jakoś nie wróciłam. Szyłam w lutym, mamy lipiec. Gdzieś tam w środku nadal mi się chce. Tylko mi się nie chce.

Dwa dni to jakiś dziwny limit motywacji. Bo przecież na początku jest ŁUP. Nie myślisz o niczym innym, skacze Ci ciśnienie i chcesz robić tylko tą jedną jedyną rzecz. Cały czas, od rana do nocy, bez przerwy na siku. Wkurza Cię, że robisz się głodny, bo Twój plan dnia wcale nie przewiduje jedzenia. Masz głęboko gdzieś, że ciocia woła na serniczek i to, że ktoś chce napić się w Twoim towarzystwie piwa. Tylko z tą motywacją jest trochę tak jak z człowiekiem, który zjadł snikersa. Przez moment jesteś odrzutowcem, a potem coraz bardziej przypominasz samolocik z papieru. Mija jakiś tam odstęp czasu i wszystko zwyczajnie siada. Wcale nie przez to, że przestaje nam się to podobać, tylko przez to, że gdzieś w kosmos ucieka cała moc do roboty.

Do pewnego momentu wystarczy snikers, potem trzeba już liczyć na drugiego człowieka. Na jego dobre słowo, na jakieś zainteresowanie, na coś, co sprawi, że poczujemy, że jest fajnie. Są ludzie, którzy czerpią motywację gdzieś ze swojego wnętrza. Nie wiem jak to robią, ale to ich wnętrze wydaje mi się mega podejrzane. Nie ma lepszego kopa od poklepania po plecach przez kogoś obok. Akumulatory najlepiej ładują się wtedy, kiedy ktoś mówi Ci, że to co robisz jest po prostu spoko.
Żeby nie było, można przy tym wsunąć coś słodkiego, nie widzę żadnego problemu.

Kiedy byłam w domu na parę dni (w tym domu, z którego dostaje się słoiki z dżemem i kurczaka do mrożenia), kilka razy z rzędu gotowałam obiad i kolację. Raz mnie podkusiło, żeby zrobić coś słodkiego na deser. Znalazłam przepis, nawrzucałam, wymieszałam, upiekłam. Nie wiem, czy tak dawno nie jedli słodkiego, czy było takie dobre, ale ktoś tam powiedział, że smakuje i mam iść po jeszcze, a jeszcze już nie było. Poszła cała blacha. Efekt tego wszystkiego był taki, że do końca mojego mieszkania w ‘domu domu’ robiłam coś do kawy. Po to, żeby sobie popatrzeć jak ktoś bierze drugi kawałek.

 

…A potem z własnej woli biegłam z tymi brudnymi talerzami do zlewu. Jak sarenka. Bez „Kasia, pozmywaj”. W sumie to coś mi tu śmierdzi. -.-

  • Karolina Koczar

    Ty nie możesz pojąć, jak można nauczyć się hiszpańskiego w rok – my, nie możemy pojąć, jak możesz biegać co chwilę na trening i nie pić piwerka 😉 Każdy z nas ma „podejrzane wnętrze”! 😀