Całe życie na dedlajnie

Ten moment, gdy bardzo chcesz zaskoczyć swoją panią promotor i wysłać jej jakikolwiek plik tekstowy zanim ta zdąży przysłać maila ponaglającego, ale przypomina ci się, że mamy dopiero październik, a to totalnie nie w twoim stylu pisać pierwszy rozdział pracy ponad pół roku przed obroną.

164h

Jest wśród nas grupa ludzi, którzy do zainicjowania jakiejkolwiek pracy potrzebują potężnej dawki adrenaliny w postaci braku czasu. Jeśli szukacie jakiegoś oddanego przewodniczącego to zgłaszam się na ochotnika.
Nie wystarcza nam wizja zaliczenia przedmiotu, ani nawet wcześniejszego odpoczynku i wyciągnięcia beztrosko gnatów wzdłuż i szerz kanapy. Żeby zacząć działać musimy poczuć osuwający się pod nogami grunt. To taki dziwny mechanizm, który powoduje, że zamiast spokoju wolimy zamartwiać się robotą oglądając film, pijąc kawę, albo szorując łazienkę. Nie wiem, czy brakuje nam w życiu emocji, czy jak. Może mamy jakąś utajoną potrzebę życia na krawędzi i próbujemy to nadrobić pracując na styki z terminem?

Największe stężenie mobilizacji jest wtedy, kiedy nie można rzucić w próżnię ‚Dobra, wezmę się za to jutro’. Bo nie rozbija się już o dni, ale o minuty. O to żeby zmieścić się w czasie i kliknąć wyślij przed północą. Odkąd pamiętam, jeśli ktoś podaje widełki czasowe zawsze interesuje mnie termin ostateczny. Pisanie prezentacji na maturę z polskiego, praca licencjacka, czyszczenie wentylatora przed kontrolą, szukanie sukienki na wesele. Niby wiem o tym wszystkim na tyle wcześniej, żeby nie przeklinać profesorów za durne pomysły i sklepów za beznadziejny asortyment, ale i tak rezygnuję z działania na rzecz dedlajnowego napięcia. Nie dlatego, że jestem zawalona robotą po pachy, nie dlatego, że jakoś szczególnie mi się nie chce, ale dlatego, że nie czuję wystarczająco dużej motywacji. A że w dziejach ludzkości nie było lepszej motywacji od zagrożenia, to w warunkach domowych trzeba sobie to zagrożenie jakoś upozorować. Pójdę goła na imprezę, uwalę rok, jak ja powiem to wszystko mamie, babcine różańce pójdą na marne.

Mam wrażenie, że pod wpływem emocji i tych charakterystycznych dla dedlajnu nerwów, człowiek pracuje jakoś wydajniej. Trzeźwo myśli, nie bawi się w kombinacje, korzysta z prostych i skutecznych rozwiązań. Zagęszcza ruchy i jakby to nie brzmiało, nie traci czasu. Fakt faktem, czuje się też nietypowe dla pracy przy biurku skoki ciśnienia. Ale może my po prostu pracujemy na wyższym tętnie? Kto by pomyślał, że zamiast czekać do godziny zero wystarczy zrobić 20 pompek.

Planowanie to piękna umiejętność. Rozkładanie obowiązków w czasie, poruszanie się małymi kroczkami do przodu, bez nerwów, bez noża, który prawie podrzyna gardło. Daję głowę, że każdy, kto dobrze czuje się w pracy na ostatnią chwilę miał w swoim życiu moment, w którym chciał rzucić swój obecny styl życia, uprzątnąć syf z tyłu głowy i zacząć działać systematycznie. Coś typu: zacznę pisać magisterkę w wakacje, spakuję się wcześniej na wyjazd, wieczorem ugotuję obiad na jutro. Ja dla przykładu tradycyjnie gdzieś w okolicach początku roku mam ochotę być pilna i poukładana, a żeby to noworoczne odrodzenie mogło się dokonać kupuję jakże niezbędny nowiusieńki kalendarz. Oczywiście nie taki pierwszy lepszy z półki. Z ładną okładką, z cytatami na każdy dzień tygodnia i bajerami do uzupełniania. Trzymam taki kalendarz i myślę sobie wtedy, że będę w nim wszystko elegancko notować, że kiedy ktoś zada mi pytanie, czy mam czas w piątek, to ja cyk, wyłożę na stół moją uroczą książeczkę i powiem ‚czekaj, czekaj, już sprawdzam’.

Zabawa z kalendarzem wygląda tak, że w pierwszy dzień czytam cytaty na cały rok, uzupełniam imię, nazwisko, grupę krwi i zaznaczam na kolorowo urodziny bliskich. Oczywiście razem ze swoimi, jakbym się bała, że zapomnę sama sobie złożyć życzeń. Przez kolejne dwa dni piszę w punktach co mam do zrobienia. Wiadomo, bardzo starannie, godzinami albo od punktów. Na trzeci dzień wkurza mnie, że pamiętam co mam robić, ale zapominam tego zapisywać. No bo byłam w dziekanacie i na wykładzie z psychologii, a z kalendarza wynika jakbym nawet z wyra nie wyszła. Zapominam zabierać go ze sobą na zajęcia, a kiedy prowadzący każe zapamiętać ważną datę, zapisuję ją na jakimś luźnym paragonie. Bogu dzięki, zawsze znajdzie się dobry człowiek, który wszystko to przepisze na facebooka, a dzień wcześniej jeszcze przypomni. Koniec końców kalendarz ląduje na półce i udaje książkę. Dobrze, że okładkę ma ładną to chociaż jakoś wygląda.

Podziwiam wszystkich, którzy potrafią żyć z kalendarzem bez wkurzania się na jego obecność. Wszystkie dziewczyny, które zaznaczają mazakiem datę okresu, a nie tak jak ich koleżanki, tworzą mapy myśli. Przecież zapamiętam. Pierwszy Dzień Wiosny, trzy dni po Wszystkich Świętych, w drugą sobotę maja, dzień po weselu koleżanki. A potem mija mniej więcej miesiąc i człowiek się zastanawia, czy to może menopauza. Podziwiam te, które nie gubią kolorowych mazaków czwartego stycznia i te, które czerpią z kalendarza i z planowania realne korzyści.

To są chyba geny. Rodzisz się i jesteś zaprogramowany do zwijania języka w rurkę i oddawania prac równo z terminem. Nie wiem jakim cudem trenuję skok w dal, skoro do zawodów nie można przygotować się godzinę przed. Chyba jakaś mutacja.

Zdjęcie: unsplash.com