Żyję żeby zraszać. I to by było na tyle

Ostatnimi czasy żyję żeby zraszać. I właściwie nic szczególnego poza tym. Z tradycyjną już nadzieją i zapałem posiałam różne rzeczy, które ludzie sieją na wiosnę. Do małych torfowych doniczek, do ziemi specjalnej do wysiewu. I podchodzę sobie do nich co jakiś czas i zraszam. Psik, psik. I tyle.

Mam bardzo ciężkie myśli. Nie zrozummy się źle, to absolutnie nie jest nic mądrego. To myśli o tym, że trzeba coś zrobić na obiad, ale nie do końca wiadomo co. I bierze się taki głęboki oddech, który wydaje się mieszanką tlenu z ołowiem. A przelotny pomysł o woreczku ryżu waży chyba z kilogram.

Wiosna sieje spustoszenie i zamęt. Niby kwitnie i słońce, ale to wszystko dzieje się tak nagle, że aż słabo. Właściwie nie ma na co narzekać, bo życie leci spokojnie z przyjemnościami i nieprzyjemnościami dnia codziennego. Ale jakoś tak jakby nie tędy, jakby obok i jakby za szybko. Ja to na przykład czołowo zetknęłam się z prymitywnością i jestem przyziemna jak nigdy. Jak gotuję to gotuję, jak wiążę buty to wiążę buty, jak zraszam to zraszam. I chciałabym bardzo sformułować jakąś sensowną myśl albo  zdążyć z odpowiedzią na czyjeś pytanie, ale mój mózg położył się na kanapie i wpatrzył w rysę na ścianie.

I pośród tego wszystkiego są jakieś wielkie pokłady chęci i ambicji. Chciałoby się w końcu wskoczyć na właściwą drogę i depnąć. Ludzie dookoła przecież to robią i jakoś im idzie. Chciałoby się pisać więcej, zająć którymś z pomysłów rozpisanych na luźnej kartce, albo wpaść na całkiem nowy. A tu jakieś takie rozproszenie i umysłowa nadwaga.

Niedawno pojawiło się pierwsze zielone w doniczce. Naprawdę szaleństwo, duma i jeszcze więcej zraszania. Roboty, że ho ho.

Photo by Markus Spiske on Unsplash