Za naszych czasów

Mam młodszą siostrę. Z młodszymi siostrami robi się różne dziwne rzeczy, o których wstyd mi tu pisać, bo mało kto zna mnie z tej dzikiej strony. Tańczy się taniec ‚na dwa’, kłania i pozdrawia niewidzialną publiczność, prowadzi się programy kulinarne, robi zdjęcia, na których widać wyżynające się ósemki. Gdyby ktoś spojrzał na to z boku to mógłby wykonać pewien telefon, a potem przyjechaliby ludzie taką dużą, białą furgonetką i zepsuliby całą zabawę. Ale załóżmy, że to wszystko jest normalne. Kto ma siorę ten wie.

No i czasem mi tej mojej młodej szkoda. Na przykład dlatego, że jest w tym głupim wieku, kiedy nadal traktuje się ją jak dziecko, a ona powoli zaczyna gadać z sensem. (Nie Julia, nie zawsze, CZASEM :*) Rozumie się jej problemy przez te wszystkie pryzmaty, które na przestrzeni życia się poznało i filtruje je przez wszystkie znane filtry. I chociaż w obiektywnej ocenie jej dramaty faktycznie są niczym w stosunku do wieczności, bywają też niczym w stosunku do nadchodzącego tygodnia to wkurza mnie jeśli ktoś uznaje je za pierdołę. Bo z jej perspektywy pierdołą nie są.

„Za naszych czasów” to pojęcie i argument tak nieaktualny z samej nazwy, że odnoszenie się do niego jest co najmniej bezsensu. Można bazować na własnych doświadczeniach, ale tamte i obecne czasy nigdy nie będą stały na równi. Jak żyję, argument „za naszych czasów” jest wykorzystywany tylko i wyłącznie do spłycenia powagi sytuacji, o której aktualnie mowa. Wtedy było trudniej, a jednak wszyscy dawali radę, dodatkowo nie było przecież tych niezbędnych do szczęśliwego życia pomarańczy, nie wspomnę już o Nutelli i pizzy z dowozem. Szczegół, że wszyscy ci którzy mają coś do powiedzenia i coś do skomentowania nie mówią tego z perspektywy siebie z tamtych czasów, ale siebie z obecnymi doświadczeniami wspominając dawne realia. Bardzo brzydko.

Kiedy mój kochany rocznik chodził do gimnazjum, naszym światem zawładnęło gadu gadu, a opisy stały się środkiem do subtelnego wyrażania naszych dziwnych stanów emocjonalnych. I tu trzeba powiedzieć wprost, że większość z nich mówiła o skrajnej depresji, miłosnych rozczarowaniach i ostrym poczuciu autonomii – Moje życie, moje kredki! Najgorsza z życiowych ról – mieć na ustach uśmiech, a w sercu ból, bla bla bla.  Chociaż teraz myślę o sobie jak o totalnym czubku to wtedy tak wyglądała nasza codzienność. Pamiętam, że kiedyś napisałam nawet wiersz o śmierci. Nie, nie chciałam umierać, nie miałam do tego najmniejszych powodów, ale trendi było sobie trochę pocierpieć. Po prostu. Poza tym to proste i logiczne, że inaczej patrzy się na świat kiedy ma się z przodu jeden, inaczej kiedy ma się dwa, a jeszcze inaczej kiedy ma się cztery albo sześć. Inaczej rozumie się szczęście, inaczej tragedię, chyba tylko głód przez te wszystkie etapy życia rozumie się w ten sam sposób.

Moja młoda za niedługo będzie pisać testy gimnazjalne i wybierać nową szkołę. Chociaż z obecnej perspektywy bardzo chętnie wyśmiałabym jej stres, bo podejście siostry Kasi do egzaminów uległo bardzo poważnym zmianom (he he he) to jednak się powstrzymam, bo dokładnie pamiętam, co się działo kiedy sama je pisałam. Po moich testach gimnazjalnych byłam pewna, że świat się skończył, że nie ma dla mnie przyszłości, że marność nad marnościami. Pewnie ustawiłam sobie też stosowny, pożegnalny opis. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za kilka lat będę ślęczeć nad pracą magisterską wyplułabym na niego pogryzione płatki z mlekiem.

Zresztą, jeśli ktoś wpadnie na pomysł, żeby powtórzyć mi to teraz, to też je na niego wypluję.