Wszystkie będziemy jak nasze matki

Mam pytanie. Czy to, że zaczęły mi przeszkadzać brudne okna, niewsunięte krzesła i zacieki na szklankach znaczy, że się starzeję? Dodam jeszcze, że czasem mam też ochotę umyć piekarnik.

Złapałam się ostatnio na tym, że stoję w kuchni i z własnej woli wycieram zacieki na prawie co umytych szklankach. Dla niektórych to pewnie norma, ale dla mnie to był mały przełom i szok. Zawsze musiałam to robić przed imieninami, kiedy przyjeżdżała do nas cała rodzina i zawsze pytałam się PO CO. Przecież te szklanki są czyste, nikt z nich nie pił, zresztą jak naleje się soku to i tak nic nie będzie widać. Na każde moje ‚ale’ dostawałam odpowiedź: tam jest ścierka. Mijają trzy lata, a tu ja ze ścierką w ręce pucuję szklanki po Nutelli i to jeszcze bez okazji.
Powoli zaczynam wierzyć w to, że jesteśmy zlepkiem różnych ludzi. Tworzymy taką jakby jajecznicę. Od jednego bierzemy to, od drugiego tamto, ktoś to wszystko miksuje i wchodzimy my. Babcia to szyneczka, dobrzy sąsiedzi to cebulka, przyjaciele to przyprawy, a jajka… a jajka to nasze matki. Jest ich najwięcej i trzymają te wszystkie dodatki w kupie. Czasem mam takie dni, że jestem jajecznicą z dziesięciu jaj. Ale potem mi przechodzi i przypominam raczej naleśnika z dżemem.

Parę, albo paręnaście lat temu, kiedy byłyśmy małymi chłonnymi gąbkami z dwoma sterczącymi warkoczami, nasze mamy cichaczem podlewały nas swoimi nawykami. Że czerwone koszulki farbują, że jak się kroi cebulę to się otwiera okno, że ręcznik w łazience zawsze musi być czysty, a jak przychodzi czwórka gości, to trzeba ugotować jak dla dziesięciu. Żadna z nas nie wiedziała, że to całe prasowanie niegniotącego się obrusu, krojenie sałatki na imieniny, czy zmywanie pasty do zębów z lustra w łazience zrobi nam takie spustoszenie w psychice. A co ciekawe, zmiany, które zaszły są już chyba nieodwracalne. W sensie, będziemy pucować szklanki na amen.

Nigdy nie rozumiałam tego, jak to się dzieje, że człowieka może zdenerwować maciupki fragment kruszonki upuszczony na dywan. Spadł to spadł, pójdę po drugi kawałek to podniosę. Albo jak można się stresować tym, że trzy kawałki mięsa na łeb gościa to za mało. Kto zwraca na to wszystko uwagę. Przecież chodzi o to żeby się spotkać i pogadać. A czy będzie się siedzieć najedzonym, czy przeżartym chyba już nie jest takie istotne. I nieważne, czy talerze będą w kwiatki, czy w wazonie będą stały świeże kwiaty, a dywan będzie wolny od drobnoustrojów i kruszonki. Tak właśnie sobie myślałam parę lat temu wydłubując na kolanach okruszki. Teraz chyba zaczynam ten cały cyrk trochę rozumieć. Wystarczyło zamieszkać z dala od mamy i dorobić się własnego zestawu szklanek po Nutelli.

Klimat w domu tworzy kobieta. Natura już tak nas stworzyła, że regularnie odczuwamy potrzebę kupienia jakiejś teoretycznie niepotrzebnej pierdoły. Nowa doniczka, zestaw świeczek, drzewko z mandarynkami na parapet, komplet słoików z uchem na lemoniadę, kolorowe kokilki do pieczenia. To wszystko to po prostu matka natura. Każdy taki wypad i każda taka torba zakupów jest w zupełności uzasadniona. To my dbamy o to, żeby dom był domem, a nie przytułkiem. Nie wiem, czy były już takie badania, ale wystarczy zdjąć z okien firanki, zabrać poduszki z kanapy, schować fikusa, ulubione kubki i pomieszkać w takim pustym mieszkaniu tydzień. Deprecha murowana. Tego jak dbać o nastroje domowników uczymy się od naszych mam. I ten proces wcale nie jest łatwy. Bo jak ma się na karku dwunastkę to generalnie wystarczy odgarnięta ścieżka od drzwi do łóżka i butelka pepsi w zasięgu wzroku.

Nie wiem, czy to się budzi w człowieku, kiedy się wyprowadza od rodziców i zaczyna mieć swoich gości, czy jak? Nasze matki pewnie też kiedyś miały wyrąbane na to czy ser będzie pokrojony w kostkę 0,5 na 0,5, czy o jego wymiarach zadecyduje los i czy goście wypiją z kubków od kompletu, czy z pierwszych sześciu z brzegu. Ale potem dojrzała w nich ta myśl, że to one są odpowiedzialne za atmosferę i że to ich działka, żeby ludziom w domu było miło. Oczywiście nikt ich do tego nie zmusza, same mają parcie na dobieranie serwetek pod kolor i podtykanie gościom świeżych talerzyków po każdym zjedzonym kawałku jabłecznika. No i z nami stanie się tak samo.O ile już się nie dzieje.

Mam już kolejne syndromy. Kiedy robię spaghetti dla dwóch, to z reguły najedliby się jeszcze sąsiedzi z piętra. Ach… Wychodzi na to, że niedługo zacznę prasować majtki i ścierki do naczyń. Chociaż patrząc na moją dzisiejszą koszulkę, chyba jeszcze trochę na to poczekam.

* Wyszedł mi tu całkiem niezły wniosek, że niepotrzebne pierdoły do domu są bardzo potrzebne. I że uganianie się za nim jest kobiece i seksi. Hue Hue.

  • Ostatni akapit z gwiazdką <3 Kocham! 😀

  • O, matko, ja wczoraj po raz pierwszy w życiu wyprasowałam bluzkę! Bo jakaś taka pognieciona wyszła z pralki… A do tej pory zawsze mówiłam "po co będę prasować, jak założę, to się samo na mnie wyprasuje".