Wrocław jest wystarczająco duży, żeby zrobić tu sobie „Seks w wielkim mieście”?

Są dwie fajne rzeczy, które można zrobić siedząc na tyłku 39 godzin bez przerwy. Można wsiąść w samolot, polecieć do Nowej Zelandii i zobaczyć na żywo słodkiego misia koala. Można też obejrzeć 6 sezonów najlepszego na świecie serialu dla bab. Łączę się ze wszystkimi, którzy zobaczyli ostateczne napisy końcowe. Też uważam, że to o 39 godzin za mało. No i zazdroszczę tym, którzy mają to jeszcze przed sobą. Sześć sezonów może i zrobi Wam z mózgu Mojito, ale obiecuję, że i tak będzie fajnie!

1204f52e-3b23-11e3-b779-0025b511226e

Kiedy tak oglądasz ten kolejny i kolejny odcinek, najpierw przychodzi Ci ochota na makaron z chińczyka, potem na kupienie tiulowej spódnicy, aż w końcu masz ochotę stać się pewną siebie kobietą, ruszyć z kopyta w swoje życie i wycisnąć je jak wymiętoloną cytrynę. Wyrzucić z szafy stare dżiny, sztywne koszule i wymemłane swetry, zacząć wychodzić z domu częściej niż po zakupy i wracać do niego później niż wraca do zajezdni ostatni kursujący tramwaj. Do tego zrobić sobie jakiś lifting mieszkania i namówić trzy koleżanki na cykl wspólnych spotkań w kawiarni. Wszystko brzmi fajnie, ale czy na przykład taki Wrocław to wystarczająco duże miasto, żeby mieć w nim Seks w wielkim mieście?

Każda dziewczyna, która obejrzała serial od deski do deski chciałaby mieć w życiu taki trochę Seks… I nie ważne czy jest z Warszawy, z Wyszanowa, czy z Sosnowca. Nie ważne też, czy trzyma łóżko w sypialni po to żeby w nim spać, jeść, czy ćwiczyć. Kobiety z Seksu są jakieś. I my też chcemy być jakieś. Śmiałe, energiczne, z dobrą bajerą i w dobrych butach.

Może trochę bardziej z jajem, może bardziej z finezją, a może z większym pazurem. Żyć tak żeby ludzie pomyśleli o nas coś więcej niż „ale miła z niej dziewczyna”. No bo miła brzmi trochę jak żadna. Mało konkretnie, niby kobieco ale jednak bezpłciowo. Chcemy być niepowtarzalne, charakterne i nienachalnie przebojowe. Ale czasem trochę nam się zapomina, że te najbardziej oryginalne cechy mamy już przecież w sobie.

Oryginalność i niezwykłość trochę nam się plącze z tą przebojowością. Wszystkie fajne postacie z seriali mają w sobie przecież ogień. Kupują bułki tak jakoś bardziej z fantazją, fikuśnie plamią się keczupem, a ich problemy są tak barwne, że człowiek aż ma ochotę być nieszczęśliwy. Nie dziwne, że po pierwszym odcinku każda chciała być Carrie Bradshaw. Tylko, czy to czasem nie byłoby trochę męczące? Trudno znaleźć definicję samego siebie. Jest zdecydowanie za dużo rzeczy, za którymi trzeba nadążać i za którymi starają się nadążyć wszyscy, żeby na spokojnie stwierdzić co tak na serio sprawia nam frajdę. I wcale nie chodzi o szał na Pokemony. Chociaż tak jak w przypadku szukania Pikachu, tak w przypadku szukania samego siebie można niechcący wjechać w drzewo.

Prawda jest taka, że seks w wielkim mieście można sobie urządzić nawet w Ciechocinku. Chociaż to może zły przykład, bo to miejsce widziało już niejedną emerytowaną Samanthę Jones. (Co się dzieje w Ciechocinku, zostaje w Ciechocinku) Tak czy inaczej do życia na pełnej nie trzeba tiulu – chociaż fakt jest ładny. Nie trzeba też kawy z kawiarni – chociaż fakt smakuje inaczej. Trzeba tylko pobuszować trochę w sobie i robić tak, żeby było nam ze sobą wygodnie. A czy można być niezwykłym będąc po prostu sobą? Jasne, że można. Dowodów jest dużo, ja znam jeden bardzo głupi i bardzo prosty. W sumie to nie wiem, czy pasuje, ale niech będzie. Wszyscy lubią bigos i wszyscy wiedzą jak robi się bigos, a przecież każdy bigos smakuje zupełnie inaczej.

Jeszcze słowo od Carrie i lecimy spać.

Nie zapomnij zakochać się najpierw w sobie samej .
~Carrie Bradshaw

 

  • Tak poza tym to nienawidzę Biga! -.-
  • I mogłabym być bigosem z kapusty kiszonej <3