Temu to dobrze

Wystarczy wrzucić w internet zdjęcie. Na przykład takie z wakacji, kiedy na pełnym luzie leży się w panierce z piasku i wystawia do słońca nereczki. Albo kiedy siedzi się w kawiarni w wygodnym fotelu z motywem liścia i je taki wielki kawałek ciasta, co to ma z sześćset kilokalorii i trzy wetknięte rurki. No i kiedy się już wrzuci takie zdjęcie to jest niemal pewne, że wśród komentarzy znajdzie się ta jedna rodzyneczka, ten klasyk, ta perełka – temu to dobrze

Ogłosili niedawno konkurs na najbardziej zarobionego człowieka globu. Nie trzeba się zgłaszać, ani wysyłać żadnych maili, od pewnego momentu wszyscy bierzemy w nim udział. Dobrze jest mówić o swoim zmęczeniu, o obowiązkach i brudnym praniu, na które totalnie nie ma się już czasu.  I właściwie nie ma w tym nic złego, harówka z pewnością w jakimś stopniu uszlachetnia, ale chodzą wśród nas ludzie, którzy dużo bardziej niż cała reszta, lubią to podkreślać i robić z siebie lidera tego ekscytującego wyścigu. To taka hermetyczna grupa, która ma gorzej. Która ma więcej do zrobienia, której częściej ucieka tramwaj, której pralka bardziej nie dopiera, której kanapki spadają masłem do dołu – na puchaty dywan albo świeżą skarpetkę. I oczywiście, której doba płynie ze dwa razy szybciej.

Nie umiem tego zrozumieć, że niektórzy ludzie determinują swoje szczęście szczęściem drugiego człowieka. Że robi im się gorzej, kiedy innym robi się lepiej. „Temu to dobrze” to taki komentarz ego-wspierający. Ło jak mu dobrze, jak mu z nieba spadło, jaki to on czasowy, pewnie nie ma tylu obowiązków i spraw do załatwienia. To takie niby miłe zdanie, które z jednej strony docenia walory gorącego piasku i bitej śmietany z truskawką, a z drugiej krzyczy – bo ja muszę to i to i to i nie mam czasu poleżeć na trawce, ani wyjść po pączka z różą. A TY MASZ GO TYLE żeby zdążyć zacząć się nudzić. Nieźle sobie matka natura obmyśliła ten system autowsparcia. Gdyby nie to, to z pewnością jakaś część ludzkości musiałaby jeść same słodycze żeby zrównoważyć tą całą frustracje. A potem dziury w zębach, dentyści, trenerzy personalni i jeszcze więcej słodyczy, bo kolega z siłki bierze więcej na klatę. Nie wiem, czy nie byłby to pierwszy krok do naszej zagłady.

Zastanawiam się czy przypadkiem nie jest to jakiś efekt uboczny zazdrości. Zresztą zazdrość rzecz ludzka. Ja na przykład zazdroszczę wszystkim, którzy potrafią swobodnie mówić po angielsku i nie muszą wywracać swojego mózgu na drugą stronę w poszukiwaniu odpowiednich słówek. Nie manifestuję tego jakoś szczególnie, coś tam może bąknę, że nie mam talentu ale na pewno nie mam ochoty wysłać w kosmos wszystkich, którzy znają synonim słowa „interesting”. Zazdrość bez frustracji to dosyć naturalna sprawa, każdy czegoś zazdrości i pięknie jeśli robi to po ludzku. Nie obraża się, nie dąsa, nie ma gorszego humoru i po prostu akceptuje fakt. Ktoś coś ma, gdzieś był, czegoś się nauczył i fajnie, jeśli można z tego wyciągnąć motywację do roboty. Bo każdy ma na te wszystkie dobrodziejstwa szanse, wystarczy tylko zacząć usuwać przeszkody. Albo zestawić swoje priorytety z tym co aktualnie zajęło ich miejsce.

Na przykład poświęcić PRZYNAJMNIEJ 15 MINUT DZIENNIE na uczenie się nowych angielskich wyrazów zamiast przeglądać ładne, turkusowe rzeczy do kuchni. He he he. Jes, siur.

 

Zdjęcie: Urban Sanden/unsplash.com