Z rodziną najlepiej na kanapie

Idzie chodnikiem grupa małych piłkarzy lat około 10. Jeden mówi tak: ja to bym chciał mieć kiedyś drzazgę w palcu. Reszta przytakuje, bo drzazga w palcu to jest przecież bardzo kul sprawa. Patrzę tak na nich i z miejsca przypomina mi się jak kiedyś równie bardzo chciałam mieć rozdwojone końcówki. Wszystkie koleżanki już miały, więc czułam się trochę wybrakowana i nie na miejscu. Żal trwał do momentu, kiedy końcówki postanowiły zrekompensować mi te wszystkie lata i podzieliły się na cztery. Chłopczyku uważaj.

Kiedy jest się małym dorosłość i jej mroczne kulisy wydają się super pociągające. Wbita drzazga to totalna esencja męskości, szczególnie jeśli weszła głęboko i szczególnie jeśli w mały paluszek. Rozdwojone końcówki to fundament kobiecych więzi, łączą tak samo jak zacięte kolana i kostki. Kiedy jest się małym system wartościowania jest delikatnie rozstrojony. Bardzo prawdopodobne, że to przez to całe wypadanie zębów i rosnące kości.

Jest taki moment w życiu, kiedy wszystkim nam odbija palma i na chama dążymy do jak najszybszego osiągnięcia autonomii. Nie dotykaj mnie, nie jadę do babci, wiem lepiej. Moja sprawa gdzie idę, z kim gadam i czy zjem do końca obiad. Mama fee, tata fee. Aż przychodzą studia, wyczekany wylot z gniazda i pierwsze samodzielne pchanie wózka w Biedronce. Potem mija trochę lat, trochę zupek chińskich, wieczorów przy laptopie i dochodzi się do wniosku, że z tą zupełną autonomią to była lekka przesada.

Pierwsze samodzielne mieszkanie to dosyć mocne przeżycie. Można decydować o tym, czy zmywać na bieżąco, czy wtedy, kiedy zabraknie ostatniego noża do zamieszania herbaty. Jeść śniadanie, czy lepiej zacząć dzień od obiadu, a może po prostu przejść na tryb pizza Margarita, który jakby nie patrzeć rozwiązuje wszystkie studenckie problemy. Jednak kiedy minie jakiś czas, a samodzielność przestanie być tak ekscytująca, trybiki wskakują na swoje miejsca i hierarchia rzeczy ważnych i ważniejszych wywraca się do góry kołami.

Nie da się trzymać ciasnych relacji z całym światem. Choćby nie wiem ile się jadło snickersów i ile piło coca coli, braknie na to wszystko energii i ochoty. Z ludźmi wiążą nas wspólne przeżycia i szczere rozmowy. Ale nic nie łączy tak jak ospa wietrzna, cisza po wywiadówce i wzajemne bajerowanie, że Święty Mikołaj to nie wuja Czesiu.

Ludzie w swoim życiu mają tyle domów w ilu spali łóżkach. Wynajmowane mieszkanie na studiach, pokój hotelowy nad morzem, namiot z cienką karimatą, przez którą czuć spacerujące mrówki. Pada hasło „wracamy do domu” i wiadomo, że chodzi o łóżko, w którym tej nocy będziemy spać. Jest kilka momentów w studiowaniu jak i całym życiu, kiedy człowiekowi opadają ręce, nosem trze o chodnika, a jedyne czego chce to teleportować się do domu, pod pierzynkę. Nie nauczył się na drugi termin, zgubił ostatnie dwie dychy, powiedział o jedno słowo za dużo. Ale czasem dopada go chwila, kiedy chce do domu domu. Tego, w którym ważne jest mięsko, a kartofelki można zostawić.

Sesjo, dzień dobry <3