Pozwól odkręcić Mu słoik w Walentynki

Chcemy być niezależne finansowo i mieć duże, ładne garderoby. Same stawiamy sobie kawę, same odsuwamy krzesło i same otwieramy słoik ogórków. Robimy studia, dyplomy i kursy. Malujemy ściany w mieszkaniu i przesuwamy ciężkie meble. Zdaje się, że jedyne czego potrzebujemy od mężczyzn to zdrowych i ruchliwych plemników. Oczywiście dopóki same nie nauczymy się zachodzić w ciążę.

Mężczyźni trochę na to wszystko syczą. Zapraszają nas do kopalni, czekają aż wniesiemy szafę na siódme piętro i takie tam. W sumie to się im nie dziwię. Też byłoby mi smutno, gdybym się dowiedziała, że nie jestem już taka niezastąpiona. Biedni, płaczą pewnie nocami skroplonym testosteronem, w końcu muszą zaakceptować, że stracili monopol na noszenie spodni, otwieranie drzwi i płacenie za kolację.
Otwieracz do słoików, drabina, taśma klejąca, kret do udrażniania rur, wełniane skarpety. Nie potrzebujemy już pomocy, jesteśmy prawie samodzielne. A oni sobie z tą naszą samodzielnością po prostu nie radzą. Każdy chciałby być supermenem chociaż dla jednej kobiety, ale jak tu być super, skoro nie ma już kogo ratować?

„Nie dzięki, otworzę sama”
„Poradzę sobie, nie musisz mnie podwozić”
„Proszę, tu moja połowa rachunku”

Kobiety mają swoje ideały. Zwykle gdzieś między zabawny, umięśniony i inteligentny pada słowo męski. No dobra, ale męski, czyli co? Gość z brodą w białej koszuli, ten, który pomaga zakładać płaszcze, czy może fachowiec dłubiący coś pod zlewozmywakiem? Szukamy takich perełek, a jak przychodzi co do czego, to nie dajemy im nawet szans na demonstrację siły. Mamy wymagania i nie dajemy narzędzi. Oj, sorry… my zabieramy narzędzia.

Męski alfabet miłości leży i stęka. Zamiast szeptać kocham, naprawiają szafki, przybijają gwoździe, przepychają rury i odkręcają słoiki. Mężczyźni pokazują, że kochają. Znaczy mówią też i nawet piszą w SMS-ach na dobranoc, ale wszystkie te wyznania bledną w porównaniu do dobrze nawoskowanego auta. Wstają wcześniej i robią śniadania, ścielą łóżka, kroją cebule i myją podłogi. Z męskiego na nasze znaczy, że kochają. Tylko czasem nie mają jak tego ‘powiedzieć’.

Wyciągnął kłębek włosów z prysznica? Dziewczyno, nie zastanawiaj się, to jest miłość!

Niedługo Walentynki, a Walentynki to taki dziwny dzień, bo oprócz święta miłości obchodzi się wtedy wigilię dnia kobiet, dzień naburmuszonego singla, święto wpieprzania czekoladek i dzień wysokich obrotów w kwiaciarniach. Ludzie planują ekspić, napić się z Olkiem albo śpiewać piosenki Zenka M. Są też tacy, którzy dadzą się ponieść fali plastikowych serc i pobiją rekord wypowiedzianych „Kocham Cię” w ciągu doby. Wkurza mnie to, że pewna część świata, tzn. wystawy sklepowe, reklamy i kalendarze zmuszają nas do jakiejś reakcji. Zachwytu albo nerwów. Wszędzie pluszowe serduszka, wielkie lizaki, które nie mieszczą się w buzi, bazary z różami i oferty spędzenia wieczoru we dwoje. Można się temu poddać i kupić komuś I love you, można się wkurzać na to całe czerwone zamieszanie, albo po prostu olać sprawę i zamówić pizzę.
Rok temu spotkałam w sklepie parę, która z okazji Walentynek kupowała wino i paczkę prezerwatyw. Widziałam też sporo kobiet z różą w jednej ręce i z torebką w serca w drugiej.
Walentynki są fajne, jeśli to co się wtedy robi nie jest doraźne. A w większości przypadków, cały ten nawał miłości wynika właśnie z poczucia obowiązku. Ja dziękuję za taką różę.

Jutro Love będzie można kupić wszędzie. Żeby nie było, nie namawiam do bojkotu i nie zbieram ludzi na pochód „Precz z zakochanymi w miejscach publicznych”. Po prostu jeśli kochasz, to weź przemów męskim głosem i pozwól odkręcić mu słoik. Nie tylko jutro i nie tylko w niedzielę.

Zdjęcie: unsplash.com