On mnie nie rozumie

Ustąpił mi miejsca w tramwaju pewien chłopak. Trochę mnie zamurowało, bo nie jestem ani stara, ani w ciąży, ani nie mam złamanej nogi. No więc siadam lekko poruszona, uśmiecham się dziękczynnie i próbuję to jakoś ogarnąć rozumem. Patrzę w szybę na swoje odbicie, czy czasem z jakichś powodów nie zrobiło mu się mnie szkoda. Zdarza się, że wyglądam tak, że aż się prosi wysłać na mnie SMS-a, dać czekoladę i pudełko z pudrem, ale raczej nie dziś. To był chyba zwyczajny dżentelmen.

Komunikacja między kobietą a mężczyzną nigdy nie była łatwa, ale mam dziwne wrażenie, że im jesteśmy starsi tym bardziej przypominamy betonowe ściany, które nawzajem okładają się grochem. Na drodze między jednym a drugim leży tyle min i niewypałów, że jedno spontanicznie rzucone słowo w każdej chwili może rozpętać wojnę stulecia, zdetonować czyjeś ego i trafić odłamkiem w najczulszy jego punkt. Niby oboje mówimy i rozumiemy po polsku, ale kiedy przychodzi do spotkania i rozmowy na szczycie, wydaje się, że słyszymy zupełnie coś innego. Nie wiadomo co brać dosłownie, a co filtrować przez dowcip i podtekst. Kobiety w ogóle mają to do siebie, że większość biorą prosto do serca, a to nie rokuje zbyt dobrze.

Mądrzy ludzie udowodnili, że kobieta, która potakuje, daje znak, że uważnie słucha. Mężczyzna potakuje tylko wtedy, kiedy zgadza się z tym co do niego mówią. No i voilà, problem komunikacyjny gotowy, szczególnie jeśli wybiera się dodatki do pizzy. Według badań, jeden z najczęstszych problemów w związkach to brak zrozumienia. I ja się wcale nie dziwię, bo jak można przejść szerokim łukiem obok kobiety, która wyje, bo nie wyszedł jej sernik.

Mężczyźni podchodzą do kobiecych problemów tak jak podchodzą do przebitej opony (i mam wrażenie, jak do całego ziemskiego istnienia). Problem, szukanie przyczyny problemu, szybka analiza danych, pomysł na skuteczne rozwiązanie problemu, koniec problemu. W przypadku flaka w oponie taki plan działania brzmi obiecująco, w przypadku kobiety niekoniecznie. W chwili, kiedy mamy serdecznie dosyć, kiedy osiągamy nerwowy zenit i emocjonalny dół, nie potrzebujemy rozwiązania problemu, ale zrozumienia. Czyli wspólnego lamentowania nad tym co się stało.

Nie wiem, czy stąpa po tym świecie jakiś mężczyzna, któremu udało się wytłumaczyć kobiecie, że „nic się nie stało” i „wszystko będzie dobrze”. Szczerze w to wątpię, bo nawet jeśli z perspektywy czasu rzeczywiście nic się nie stało, to w tej jednej konkretnej chwili nazywa się to koniec świata. Nawet najlepsze rozwiązanie będzie marną pomocą, bo w chwilach kryzysu nie oczekujemy planów naprawczych, ale współczującego kiwania głową i rozłożenia emocji na pół. Czujemy się zrozumiane dopiero wtedy, kiedy po wygłoszonym monologu druga strona przejmie nasz punkt widzenia i wczuje się w nasze emocje. W innym wypadku: jaki z ciebie beton, nic do ciebie nie dociera, jak mam ci to wytłumaczyć, żebyś zrozumiał. Zamiast satysfakcji z rozmowy robi się tylko sucho w ustach.

W życiu pewne jest to, że sięgając po pierwszego słonego paluszka zjemy ich całą paczkę i to, że kobietę najlepiej zrozumie druga kobieta. Cudowną historię prosto z gabinetu opowiedział w swojej książce prof. Lew-Starowicz. Wpada do pracy rozgoryczona kobieta. Cała się trzęsie, łzy stoją jej w oczach, zaraz kogoś zabije, nie wiadomo jeszcze kogo.
– Co się stało? – pyta przyjaciółka.
– Mąż powiedział mi, że jestem oziębła.
– Ale jak?
– Chciał wynegocjować ze mną seks dwa razy w tygodniu, a ja chcę tak jak było, czyli dwa w miesiącu.
– Co za erotoman!

<3

 

Zdjęcie: unsplash.com