Nienawidzę planu B

Perfekcjonizm nie zawsze oznacza wyprasowane majtki, obiad w próżniowym pojemniku i zdezynfekowany sodą dom. Perfekcjonizm to nieakceptacja planu B. I szał, jeśli życie bez pytania nanosi korektę na idealny w szczegółach plan A.

photo-1464348123218-0ee63dfd2746

Standard życia poszybował w górę. Przekonał się o tym każdy, kto po trzech godzinach w galerii handlowej stwierdził ‘W tych sklepach nie ma naprawdę nic’. Potrzeby fizjologiczne to dzisiaj totalny margines, nikt nie chce się już tylko najeść i tylko ubrać. Na talerzu ma być dokładnie to na co mamy ochotę, a napis na koszulce musi być zgodny z naszym alter ego. Z tego wszystkiego czyste w swojej pierwotnej formie pozostało tylko siku. Chociaż ci, którzy planują remont łazienki i właśnie wybierają kolor płytek pewnie się zgodzą, że nawet sikanie nie jest już takie oczywiste.

Fajnie, że spośród dziesięciu rodzajów kukurydzy w puszce możemy wybrać sobie jedną, której żółtość będzie odpowiednia. Jeszcze lepiej, że wybierając buty na zimę, możemy kierować się odcieniem niebieskiego, a nie ich rozmiarem. Cieszę się okrutnie, że kupienie czekolady to nie mechaniczna czynność tylko rozterka między jogurtową a ciasteczkową. Dostęp do tych wszystkich różności pozwala skupić się na otoczce, wyobraźnia rusza, człowiek zaczyna się nakręcać i wyrzuca z głowy plan minimum. Koncentruje się na zorganizowaniu imprezy z zaproszeniami pod kolor obrusów, na znalezieniu czapki koloru pantone 234C, na podarowaniu komuś najoryginalniejszego prezentu w dziejach ludzkości. I przez tą spinę czasem już nie wiadomo, czy ważny jest papier w paseczki, to że coś dajesz, czy to, że w ogóle możesz się z kimś zobaczyć.

Wszyscy jesteśmy ludźmi, którzy suszą pranie w otwartej pralce i którym coś niezidentyfikowanego śmierdzi w lodówce. Fajnie, że zeszło z nas ciśnienie bycia chodzącą perfekcją, ale póki co oczyściliśmy się tylko z kurzu na szafkach. Nie jesteśmy już niewolnicami mopów, ale nadal jesteśmy niewolnicami swoich własnych oczekiwań. Dążenie do ideału siedzi w człowieku. Nie da się tego ani wyszorować twardą szczotą, ani wyrwać z cebulką włosa. Każdy ma jakiś swój zestaw rzeczy, na których zależy mu bardziej niż na śniegu w Wigilię. Z jednej strony to fajnie, że interesuje nas tylko wersja perfekt, z drugiej od tego biegania za ideałem czasem boli głowa. I nogi, i wszystko.

Proporcjonalnie do zaangażowania rosną wymagania. Czasem mamy totalny zwis na to gdzie spędzimy wakacje, innym razem dałybyśmy się pokroić, posolić i usmażyć za poduszki pod kolor dywanu. Hierarchia tego na czym nam zależy dokonuje się gdzieś w innym wymiarze, może w sercu, ale na pewno nie przechodzi przez filtr rozsądku. Jeśli na czymś lub na kimś nam zależy, nie ma zmiłuj, ma być miazga. Nawet jeśli kosztem sukcesu jest piesza pielgrzymka po wszystkich możliwych galeriach, tysięczna korekta tego samego tekstu albo pieczenie po raz trzeci tego samego ciasta. Perfekcja może i paraduje w pończochach z papierowym ręcznikiem pod pachą, ale chodzi też z miną zbitego psa, kiedy nie uda jej się zaspokoić swoich oczekiwań. Kiedy nie uda się ładnie zapakować prezentu świątecznego dla bliskiej osoby, kiedy tort na urodziny babci okazuje się totalnym niewypałem. Nie można wtedy spokojnie patrzeć na rezultat swojej pracy, bo w głowie huczy myśl, że mogło się to zrobić inaczej i być może tysiąc razy lepiej.

Są takie chwile, które z pozoru nieważne robię w głowie syf. Moment, w którym z ciasta robi się zakalec, cukiernia jest już zamknięta, a najlepszej koleżance musisz podać sklepowe wafelki w czekoladzie. Kiedy chcesz dać komuś najpiękniejszy w dziejach bukiet kwiatów, a pani kwiaciarka wręcza Ci wiecheć obsypany cekinami i owinięty folią w różowe róże. Bo to wszystko nie tak miało być, nie taka była wizja, nie taki był plan. Czasem chcemy zrobić przyjemność komuś bliskiemu, czasem idealnie rozegrać własny projekt na uczelni, sporadyczne zdarza się też, że niektóre sprawy mamy zwyczajnie w pompie. No i ta pompa to wbrew pozorom dobre miejsce na ulokowanie większości rzeczy. 

Plan A jest czasem marnym suportem planu Ż, czyli tej wersji, której nigdy nie bierzemy pod uwagę. Jakiś czas temu byłam na zakupach z rodzicami i z siostrą. Nie widzimy się często, więc była okazja do popchnięcia pierdół przy kawie. Zaciągnęłam ich do całkiem fajnej kawiarni, stoję przy ladzie i myślę – dobra, zrobimy sobie dzisiaj wypas. Przełykam ślinę, zjadam oczami kolorowe obrazki i zamawiam. Pan coś stuka w klawiaturę po czym słyszę, że nawaliła im zmywarka i jeśli to nie problem to kawa będzie podana w papierowych kubeczkach. Pokiwałam, że spoko. Chociaż wcale spoko nie było. Bo miał być rytuał, kawka w porcelanie, a nie zapach mokrej tektury. Miało być fajnie, a nie będzie, bo mają uwalone filiżanki. Olśnienie przyszło jak na mnie zadziwiająco szybko, bo zaraz po otrzymaniu papierowych kubków. I w tym właśnie momencie dotarło, że nie o kubki tutaj chodzi. Nie o ciasto, nawet nie o kawę. Chociaż kofeinę bardzo szanuję.

 

Zdjęcie: unsplash.com