Chcesz iść na studia? Ściągnij sobie PowerPointa

– Drodzy studenci, mam dla was dwie propozycje. Ćwiczenia mogą odbywać się w tradycyjny sposób, wy się przygotowujecie z zadanych książek, a ja odpytuję was na ocenę. Ale mogę wam też iść na rękę, podzielę was na grupy, przygotujecie prezentację i będziecie mieć mnie z głowy. To jak robimy?

80652197

Zwykle bywa tak, że następuje chwila ciszy, podczas której wszyscy myślą „Boże, znowu to samo”, a później odzywa się ktoś z tyłu i proponuje to, na czym najbardziej zależy prowadzącemu. Bo studentom to już chyba niekoniecznie. 
Mam w tym semestrze sześć ćwiczeń, których schemat jest dokładnie taki sam. Prezentujesz grupie temat, słuchasz prezentacji innych, a na ostatnich zajęciach wspólnie piszecie z nich koło. Nie lepiej zostać w łóżku, zrobić sobie herbatę i we własnym tempie poczytać Google? Przynajmniej byłoby ciepło w stópki, a w zasięgu wzroku byłaby lodówka.

Im człowiek jest starszy tym bardziej do niego dociera, że ciągle nie wie tego, co powinien wiedzieć już dawno. I wcale nie chodzi o dokładne daty wojen światowych. Zaczyna się bać, że kiedy przyjdzie mu się zmierzyć z pierwszą prawdziwą pracą nie będzie mieć pojęcia o rzeczach, które powinien wiedzieć po studiach. Studia są modne tak jak kiedyś modne były dzwony. Dzwony już dawno zjadły mole, studia pewnie też przestaną być trendi. Ale my zostaniemy. Pokolenie magistrów, którzy zdobyli papier dzięki programowi PowerPoint.

Jestem ambitna wtedy kiedy robię sernik i wtedy kiedy robię pompki. Nigdy nie miałam szczególnego parcia na oceny, a świadkiem dwója z chemii na świadectwie maturalnym. (Chemię wspominam super, zasmradzanie polonistek kwasem masłowym jeszcze bardziej) W liceum było tak, że prezentacje robili ci, którym brakowało do piątki albo brakowała do dwójki. Średnia w szkole była ważona, a waga oceny z prezentacji najniższa. Można sobie wyobrazić jaki stosunek do takich prezentacji mieli nauczyciele. Zupełnie inny niż niektórzy nauczyciele akademiccy. A szkoła wyższa to podobno i level wyżej.

Zgadzam się, że ćwiczenia z autoprezentacji powinny być na każdym kierunku i na każdej uczelni. Mamy takie czasy, że dobrze wiedzieć jak sprzedać swoje umiejętności, jak przełamać wstydziochę i jak mówić żeby ktoś zwrócił na nas uwagę. Prezentacji na studiach co prawda jest w dym, ale nikt nigdy nie powiedział jak robić je dobrze. Jak rozpocząć żeby zainteresować, na kogo skierować wzrok, jak opanować stres. No bo wskazówka typu „nie czytaj tylko mów” chyba nie jest szczególnie pomocna.

Zazwyczaj za prezentację dostaje się ocenę. Wykładowca stwierdza czy było fajnie i czy zdjęcie w tle nawiązywało do przedstawianego tematu. Szczegół, że zajęcia to nie „Wstęp do PowerPointa” tylko na przykład „Motywacja w sporcie”. Kiedy powiedziałeś wszystko, co miał na myśli prowadzący idziecie do domu, kiedy o czymś zapomniałeś on dopowiada. Koniec końców jest taki, że wszyscy czytają z kartki, a ci którzy starają się mówić mają ocenę wyżej. Za wlatujące slajdy i żart na zakończenie prezentacji też bywają bonusy.

Wychodzi na to, że zajęcia wcale nie wzbogacają o wiedzę – bo po wyjściu z sali nie pamiętasz o czym czytałeś, a tym bardziej nie pamiętasz o czym czytali Twoi koledzy. Ani nawet nie kształtują umiejętność robienia prezentacji – bo robisz to albo na wzór poprzedników albo według tego co podpowiada Ci intuicja. Żeby nie było są też plusy. Studenci mają ocenę, a wykładowca czas na wyjście z psem.
Trochę szkoda. I nie jest to kwestia ambicji tylko bycia fair. Fajnie iść po najmniejszej linii oporu i zbierać papiery do pudełka. Pudełko pewnie będzie ciężkie, ale czy będzie coś warte?

Nieprawda, że studenci to lenie. Chociaż przyznaje się, że nieraz świadomie wyłączyłam budzik i przewróciłam się na drugi bok. Jesteśmy tak łatwopalni, że wystarczy rzucić w nas iskierką, żeby zrobił się pożar i pojawiły chęci. Bo właśnie o to chodzi w studiowaniu, żeby dać się czymś zarazić. Chodzisz na zajęcia i czekasz na moment, w którym coś zainteresuje Cię bardziej niż cała reszta. W końcu rzadko się zdarza, żeby student pierwszego roku był pewny swojego wyboru i wiedział na sto procent, co chce w życiu robić.

W miarę upływu lat takich właśnie miotaczy iskierek docenia się najbardziej. Na drugim roku miałam zajęcia, na które pisaliśmy opowiadania. Jak wspomniałam jestem typem studenta, który korzysta ze wszystkim możliwych nieobecności i nie bije się mieczem obosiecznym o pół oceny wyżej. Na te zajęcia chodziłam z ochoty. Prowadzący czytał nasze teksty w domu, oceniał krótkim komentarzem, później czytaliśmy je wspólnie na ćwiczeniach. Pamiętam jedną turę tekstów pomoczonych wodą, bo podczas czytania kartki wpadły mu do wanny. Tak, nasz prowadzący czytał po godzinach pracy, w swoim domu, w czasie wolnym, nawet w wannie.
Chociaż minęło trochę czasu, dużo lepiej pamiętam opowiadania kolegów niż lektury z liceum. Swoje teksty do tej pory trzymam w teczce, dla porównania wydrukowane teksty prezentacji najpewniej posłużyły już niektórym z Was jako papier toaletowy.

Erotyk pisałam trzy razy. Nie oddałam żadnego, bo żaden nie wydawał mi się wystarczająco fajny, żeby dać go komuś do przeczytania.
Czy robię prezentację do momentu, aż uznam, że jest fajna? Nie. Czy zależy mi na tym żeby mieć z niej pionę? Nie. Chce mi się nawet trochę śmiać, kiedy ktoś funduje sobie za taką piątkę trzy gałki lodów i pisze do mamy SMSa.

Zaczynam studia magisterskie i umiem robić super prezentacje w PowerPoincie. Wiem gdzie kliknąć żeby dodać muzyczkę, wstawiam wlatujące slajdy i robię ekstra gradientowe tło. Uwaga pracodawcy, za dwa lata kończę studia i będę wysyłać do Was CV.

*Serduszka dla prowadzących, którzy zarażają <3
*I studentów, którzy nie wiedzą o czym mówię <3

 

Zdjęcie: unsplash.com

  • Ola

    To jednak nie dostanę licencjata z obsługi powerpointa? To na co się tak było przez trzy lata starać… Takie bajeraśne prezentacje robiliśmy, a koniec końców i tak wszyscy przysypiali i nikt później nie pamiętał o czym opowiadał <3

    • Spokojnie, ja na power poincie doleciałam do magisterki 😀 Da się 😀

  • Karolina Koczar

    Ty pisałaś najlepiej. Michał najśmieszniej. Ja w 7/8 opowiadań kogoś uśmierciłam, a Pan Mateusz czytał nie tylko w wannie, ale też w tramwaju i czasem spóźnił się na zajęcia o trzynastej, bo do rana grał w WoWa… nienawidziłam tego przedmiotu, ale równie dobrze go wspominam :))
    P.S. Twoje opowiadanie o maratonie pamiętam do teraz <3

    • Pan Mateusz chyba lokował produkt na naszych zajęciach. Zawsze w ręku jakiś energetyk 😀
      To ja już nie mogę się doczekać jak Ty przeniesiesz to uśmiercanie do Fytness Łelnes Spej. Jeśli temat sportowoprzyszłościowy (#Borkowski) nadal aktualny to na bank wpadnę na mój wyrok <3