Gdybym była kardiochirurgiem, umarłabym na zawał

Gdybym była lekarzem już dawno nosiłabym się na siwo. Osiwiałabym pierwszego dnia pracy, zastanawiając się czy nie podałam o pół strzykawki za dużo.

Odpowiedzialność jest wtedy, kiedy jesteś ze znajomymi na mieście i ktoś z was musi zdecydować, gdzie pójdziecie na piwo. I wtedy, kiedy trzeba wybrać film na sobotę i dodatki do dużej pizzy. Burę dostaje ten, kto zabukował hotel, w którym śmierdzi zdechłą myszą i ten, kto podjął decyzję o wakacjach w Kołobrzegu, podczas gdy z nieba leci deszcz, a boskie ciała ratowników schowane są pod czerwonymi ortalionami w rozmiarze oversize.

Jeśli ktoś chciałby zważyć odpowiedzialność to wydaje mi się, że wyszłoby ze sto kilo, a może nawet sto dwadzieścia. Mniej więcej tyle ile waży ogromny kamień, który czasem stoi w przełyku, kiedy podejmie się złą decyzję i szkodząc sobie przy okazji zaszkodzi komuś obok. Z tym, że trudno porównać chrzczone piwo za dychę i miny zawiedzionych kumpli do ceny odpowiedzialności za życie człowieka. Chociaż nie, w sumie to da się to porównać, bo cena odpowiedzialności za najwyższą możliwą wartość świata to dwa tysiące złotych brutto.

Sześć lat medycyny brzmi przerażająco. Choćby dlatego, że zerżnięty od kolegi egzamin nie jest powodem do dumy i ulgi. Perspektywa odpowiedzialności za życie zupełnie obcego człowieka, stres i strach przenoszony z oddziału do sypialni jest nie tylko czymś co zasługuje na treściwy przelew i tira z czekoladą, ale przede wszystkim na zrozumienie.

Siedzę tak sobie wgnieciona w kanapę, bo skończyłam jedną książkę. Sponiewierało.

„Szpital to jest taśma. Pracujemy na taśmie, to znaczy, że nie mamy czasu zatrzymać się, porozmawiać, spojrzeć w oczy człowiekowi, którego leczymy.”

„Wracam z dyżuru, uparcie chodzi mi po głowie: czy ja dobrze zrobiłem, czy niedobrze? Czy ktoś tam może umiera? A syn chce bajkę na dobranoc. Irytuje mnie. A przecież to mój kochany chłopak!”

„Zawsze myślałem, że narkotyki to w Warszawie, Krakowie, Szczecinie. A tymczasem są wszędzie. Tak, lekarze biorą. Oczywiście nie wszyscy, ale biorą.”

„Napisaliśmy pismo do dyrekcji, że procedury są niejasne, że w karetce musi być specjalista do ratowania życia. Dyrekcja zrobiła zebranie:”Przypominamy, że wszyscy państwo są ubezpieczeni”. Czyli my mówimy, że boimy się wozić pacjentów, bo możemy nie uratować kogoś, kto umiera, a szpital na to „Spoko, nikt was nie ruszy, macie OC”.

„Każdego dnia na moim oddziale wybuchała awantura zaczynająca się od słów: „Nawet poduszki w szpitalu nie ma!”. Nie dziwię się, bo przecież źle się śpi bez poduszki. Człowieka coś boli, jest zdenerwowany, z dala od rodziny, czeka na niego zabieg, leży na korytarzu, bez cienia intymności. I nawet poduszki nie dostanie. Musi się na kimś wyżyć. Na kim? Komu się dostaje? Lekarzowi, który pierwszy pojawi się rano. […] I co ja mam zrobić? Wsiąść do auta, pojechać do Ikei kupić mu poduszkę?”

„Mój kolega z roku samodzielnie dyżuruje na chirurgii. Chociaż też jest świeży, dopiero po roku rezydentury. Ale jak na przykład jest Wielkanoc, to który ze starych lekarzy zostanie? „Niech młody ciągnie. Zasuwasz młody! Dasz spokojnie radę!”. I idzie się na ten dyżur z duszą na ramieniu. A jak się coś stanie? A jak trzeba będzie znieczulić. A jak trzeba będzie zoperować? Co wtedy?”

„Tak nas obciążono pracą, tak zredukowano personel, że w tej chwili w zasadzie nie ma czasu na to, żeby usiąść i spokojnie napić się herbaty, kawy, żeby coś zjeść. Lekarz musi odpocząć? Ależ nikogo to w ogóle nie interesuje. Traktuje się nas nieludzko. Nasz pan prezes potrafi chodzić i sprawdzać, jak pracujemy. Gdy natyka się na przykład na salową pijącą herbatę, robi awanturę, że ona w godzinach pracy pije herbatę. To jest po prostu skurwysyństwo.”

„Opowiem panu taki dowcip. Co zrobić, gdy na SOR-ze jest kolejka? Lekarz wchodzi, staje na środku i krzyczy: „Wy-pier-dalać! Wy-pier-dalać!. Ludzie wychodzą w popłochu. Zostają tylko ci, którzy nie potrafią wyjść samodzielnie. I oni są we właściwym miejscu.”

„Dorabiam jako bramkarz w klubie muzycznym. Idę na wieczór do klubu, stoję tam pięć godzin i zarobię tyle co za trzy dni w szpitalu. No kurczę, sześć lat medycyny! Chciałem być lekarzem. A zarabiam na bramce. Jestem też sędzią piłkarskim. No ale umówmy się, odpowiedzialność za to, że gwizdnę spalony nie w tym momencie co trzeba, a odpowiedzialność za to, że komuś podam nie ten lek co trzeba – no jest różnica.”

 

Książka: Paweł Reszka „Mali Bogowie”
Zdjęcie: unsplash.pl